piątek, 20 grudnia 2013

Wigilijna, zabużańska zapiekanka śledziowa

Składniki:
- ziemniaki surowe pokrojone w plasterki
-cebula pokrojona w krążki
- śledź solony, wymoczony, wyfiletowany, bez skóry
-liść laurowy, pieprz, mąka, oliwa
Sposób przyrządzania:
Do żaroodpornego naczynia wkładać warstwami składniki. Każdą warstwę oprószyć mąką, dodając do niej pieprz, dwa listki laurowe oraz nieco oliwy. Piec w piekarniku pod przykryciem około godziny. Zapiekanka jest gotowa, gdy wszystkie składniki są miękkie. Smacznego!

wtorek, 17 grudnia 2013

Życzenia Świąteczne

Zdrowych, pogodnych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego Nowego Roku 2014 Drogim Czytelnikom mojego bloga z całego serca życzę. Przy stole wigilijnym będę myślą z tymi, którzy czują się opuszczeni i samotni.

sobota, 23 listopada 2013

NAD GROBAMI NAJBLIŻSZYCH

Dzień Wszystkich Świętych w czasach pogańskich obchodzono 13 maja. Dopiero papież Grzegorz III przeniósł tę uroczystość na 1 listopada. Był to dzień nie tylko męczenników, ale świętych kościoła katolickiego. Dzień Zaduszny związany jest z pogańskim świętem dziadów. Tradycja rozpowszechniła się w XII, XIII w w kościele katolickim. W czasach pogańskich był to zwyczaj ludowy Słowian. Nawiązuje do niego Adam Mickiewicz w swoich „Dziadach”. Obrzędowi towarzyszył Guślarz wywołujący dusze zmarłych przebywające w Czyśćcu, aby powiedziały, czego potrzeba im do zbawienia. Jest tam widoczne połączenie zwyczajów pogańskich z chrześcijańskimi. Współczesnym odpowiednikiem Dziadów są Zaduszki. Obecnie to dzień, w którym kościół ogarnia swą modlitwą wszystkich wiernych zmarłych. W ciągu wieków forma przeżywania tego dnia ulegała różnym zmianom. Pogańskim obrzędom duchowni starali się przeciwdziałać. Dzień Zaduszny przypomina nam tych , którzy nas opuścili. Wtedy gromadzimy się przy ustrojonych kwiatami i światłem grobach bliskich. Towarzyszy nam zaduma i refleksja nad przemijaniem. Uświadamiamy sobie wtedy, jak kruche jest ludzkie życie. Pędzimy, zabiegamy o dobra materialne, walczymy o spadki po zmarłych, odwiedzamy sądy, zanika więź rodzinna. Tam, nad grobami uświadamiamy sobie, jak mało w istocie nam potem potrzeba: mały domek zbity z czterech desek, kilka metrów ziemi. Czy warto tworzyć piekło na ziemi? Narażać się na ostrą ocenę żyjących? Wbrew wszystkiemu oceny te często są prawdziwe. Ileż razy słyszymy: Jaki to dobry człowiek odszedł, a o innych nie mówi się nic. Tak ocenia się ludzi na podstawie ich uczynków, zachowań. Pomyśli ktoś ,że przemawia przeze mnie świętość. Nic bardziej mylnego. Wady i słabości przypisane są nam wszystkim – mnie również. Jednak silna wola pozwala je zwalczać i łagodzić. Wspomnę o swojej wizycie na cmentarzu w Podlegórzu. Drugiego listopada spotkaliśmy się rodzinnie przy grobach najbliższych . Przyjechał brat z Gorzowa ze swoją żoną . Dzień był pogodny, cisza i spokój wisiały w powietrzu. Modliliśmy się w skupieniu przechodząc od grobu do grobu. Ja i mój brat na dłużej zatrzymaliśmy przy grobie naszej kochanej mamy. Właśnie 31 października upłynęła 56 rocznica jej śmierci. Wspominaliśmy jej dobre serc e pełne miłości i poświęcenia, dziękowaliśmy za wszystko co dla nas zrobiła. Poświęciła się dzieciom bez reszty, zostając w wieku 36 lat wdową. Wielkie wzruszenie zapanowało przy grobie mojego męża. W tym dniu minęła dokładnie 13 rocznica jego śmierci. Czułam ,że jest gdzieś blisko, że z góry widzi nas i cieszy się z naszej wizyty. W cichej zadumie staliśmy tam dość długo. Każdy z nas w myśli z całą pewnością wspominał chwile, kiedy Janek był jeszcze z nami i że to takie niesprawiedliwe ,że go nie ma. Jako chrześcijanie wierzymy jednak , że kiedyś spotkamy się w tym być może lepszym świecie, a mój mąż będzie tam sadownikiem w rajskim ogrodzie, bo wyobrażam sobie, że przeniósł tam swoje pasje i chadza z opryskiwaczem na plecach , a w ręku trzyma sekator, którym przycina rajskie drzewka. Zastanawiam się , czy św. Piotr pozwala mu tam palić ?
Nie omieszkaliśmy odwiedzić również grobu państwa Białokozów. Starszego, bezdzietnego, zaprzyjaźnionego z nami małżeństwa, które wspominam z ogromną wdzięcznością i szacunkiem. Na nich mogłam liczyć w opiece nad moją młodszą córką Izą, kiedy musiałam iść do pracy. Byli dla niej prawdziwymi dziadkami. Nie wyobrażam sobie, by w tym dniu o nich zapomnieć. Zmówiłam, w ich intencji modlitwę. Na cmentarzu spotkałam swoich dawnych sąsiadów , znajomych. Serdecznie się przywitaliśmy, jak to po długim niewidzeniu. Prze ten czas mojej nieobecności za wiele się nie zmieniło . Przybyło kilka nowych grobów na cmentarzu. Wieś spokojna , cicha, jakby wymarła. Moja była posesja zmieniła swój wygląd , przynajmniej na zewnątrz: wycięto wiele drzew owocowych , moją ukochaną płaczącą wierzbę. Z braku czasu nie odwiedziłam nowych właścicieli. Nie ukrywam,że serce mi się ściskało , kiedy przejeżdżałam obok nie mojego już domu. W tym miejscu muszę wyrazić wdzięczność czytelnikom mojego bloga za to , że wspierają mnie, pocieszają , naświetlają pozytywne strony mojej obecnej sytuacji. Niektóre komentarze są budujące.
W drodze powrotnej odwiedziliśmy cmentarz w Cigacicach. Leżą tam moja ciocia z mężem i mój drogi kuzyn Zbyszek. Tam obok cmentarnej kaplicy znajduje się figura Chrystusa , a pod nią parafianie wmurowali tablicę upamiętniającą proboszcza Józefa Mokryńskiego, mego prefekta z liceum w Sulechowie. Ksiądz zarządzał wówczas kościołem przy ulicy Odrzańskiej. Ilekroć mam okazję, zapalam mu znicz i proszę o wieczny odpoczynek w domu Ojca. Ksiądz Mokryński pozostał w mojej pamięci jako człowiek sprawiedliwy, prawy , wrażliwy na ludzką krzywdę. Pomagał sierotom z domu dziecka, choć sam żył w ubóstwie. Pamiętam jak za całą klasą 19 marca wyruszyliśmy z życzeniami. Były też skromne prezenty- skarpety i szalik. Ksiądz przyjął nas herbatą w swoim małym pokoiku, miał w sobie tyle ciepła , rozmowa z nim koiła serca Miał też wielki humor, nawet poważne sprawy tłumaczył na wesoło. Był dla nas wzorem we wszystkich poczynaniach.
Odchodząc , pożegnaliśmy zmarłych słowami: spoczywajcie w Pokoju.


                                                                   Przy grobie Janka


niedziela, 3 listopada 2013

WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI

Opiszę fragment historii, w której było mi dane wzrastać , uczyć się , brać udział w życiu społecznym. Co pozostało mi z tego okresu w pamięci? Zniewolenie, brak wolności słowa. Byliśmy świadkami fałszowania oskarżeń księży. Bardzo  bolesne było przeżycie, kiedy aresztowano prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego, nie przedstawiając mu nawet aktu oskarżenia. Starano się pozbawić kościół podstaw materialnych, usunięto religię ze szkół, ingerowano w sprawy wewnętrzne kościoła. Wszystkie te kroki umacniały i rozszerzały wpływy kościoła katolickiego w społeczeństwie. Stał  się on instytucją chroniącą wartości moralne, stawiane jako nadrzędne dla Polaków. Młodzież w tym czasie przeciwstawiała się wszelkim zakazom ( to się chyba nie zmieniło do dzisiaj). Żyliśmy realizacją planów gospodarczych  najpierw trzyletniego, potem sześcioletniego.  Polegał on na rozwoju przemysłu , głównie ciężkiego , pomijając rolnictwo, stworzono bazę do militaryzacji kraju. Wykonanie tego planu należało kontrolować. W tym też celu do biura politycznego dokoptowano obywatela sowieckiego marszałka Konstantego  Rokosowskiego,  powierzając mu funkcję ministra obrony narodowej. W szkołach , urzędach na ścianach wisiały portrety rządzących w tym Rokosowskiego. Jego twarz pamiętam dość dokładnie , a to dlatego ,że miał jedną brew wysoko uniesioną. Na poczekaniu powstała anegdota: Pytano , dlaczego Rokososki ma uniesioną brew?- odpowiadano: bo dziwi się , że jest Rosjaninem, a zrobili go Polakiem. Oczywiście nikt tego głośno , a szczególnie w towarzystwie,  nie powtarzał ze zrozumiałych względów. Plan sześcioletni obiecywał podniesienie stopy życiowej , stwarzał wizję Polski , w której nie będzie bezrobocia. Odbywała się walka z analfabetyzmem , który został zlikwidowany. Władze organizowały kursy wieczorowe- czytać i pisać uczono osoby starsze . Mimo pozytywów tkwiły w tym planie także błędy- przewaga polityki nad ekonomią , koszty wykonania zaś spadły na barki społeczeństwa. Mimo tego intelektualiści polscy – wielcy patrioci przeciwstawiali się nolska nauka potrafiła skutecznie walczyć. Wydawano wtedy dużo książek. Spełniły się marzenie polskiego wieszcza narodowego Adama Mickiewicza – „księgi trafiły pod strzechy”. W życiu narodu literatura rozwijała  się w dwu kierunkach, dwutorowo – w kraju i na emigracji. Jedni byli zobligowani realizować program Stalina, starano się narzucać tzw. realizm socjalistyczny, literatura ukazywała nowego człowieka – budowniczego socjalizmu. Powstawało wtedy dużo filmów   m. in. „Przygoda na Mariensztacie”. Kobiety wyszły z kuchni, zasiadały na traktorach , trzymały w ręku kielnię , były na pierwszych stronach gazet.  W szkołach młodzież w wierszach, piosenkach gloryfikowała rozwój kraju i jego sukcesy: „więcej węglawięc ej stali, więcej pieców niech się pali…” inny przykład to patriotyczna piosenka :„Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta  i wioski, ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochany, jedyny nasz polski …”  Lektury szkolne były ukierunkowane na rozbudzenie patriotyzmu , poszanowanie pracy, pisarze tacy jak Rudnicki, Broniewski, Iwaszkiewicz podejmowali w swoich utworach te właśnie tematy. Na muzykę również miała wpływ panująca epoka , pieśni miały charakter masowy. Choć przypominam sobie swoją panią profesor z liceum, która wyłamywała się wszelkim
nakazom i  uczyła nas polskiego folkloru. Gruntownie miałyśmy opanowany repertuar Moniuszki, Szopena. Być może wpływ miał na to fakt ,że kiedyś Szopen właśnie przejeżdżał przez Sulechów, o czym informuje pamiątkowa tablica wmurowana w ścianę ratusza. W latach 50-tych w Sulechowie odbywały się koncerty szopenowskie. Nasz chór występował na nich, zdobywając wyróżnienia i nagrody. Do dzisiaj pamiętam repertuar – przekazywałam go moim wnuczkom, kiedy tylko poprosiły o zaśpiewanie  którejś z piosenek .Lubiły słuchać „Życzenia „Szopena . Głos mój dziś już nie ten, nie ta siła i barwa, ale śpiewać lubię nadal. Opowiadałam też córkom i wnuczkom, jak się żyło w czasach stalinizmu, szczególnie w okresie kolektywizacji wsi na przykładzie mojej rodziny. Mąż mojej cioci Franciszek miał duże gospodarstwo rolne w okolicach Wschowy, był wzorowym gospodarzem, wywiązywał się ze wszystkich obowiązków wobec państwa. Kiedy do kolektywizacji przystąpiła cała wieś , on jeden sprzeciwił się temu. Okrzyknięto go wtedy wrogiem klasowym , zamknięto we wschowskim areszcie, w piwnicy.
Ciocia z małymi dziećmi pozostała w rozpaczy. Synowie nie rozumieli, dlaczego ojca więziono. Fakt ten z pewnością odbił się później na zdrowiu cioci. Kiedy wuja uwolniono, nie miał już racji bytu w miejscu zamieszkania. Musiał z rodziną wyjechać. Stałą siedzibę udało mu się znaleźć w okolicach Zielonej Góry, tam zaczął życie od nowa. Czasy się nieco zmieniły  ( do władzy doszedł Władysław  Gomułka) było lżej, zlikwidowano spółdzielnie produkcyjne, można było gospodarzyć  indywidualnie .Tego było trzeba Franciszkowi , bo do ziemi był przywiązany niczym Maciej   Boryna. Cieszył się opinią dobrego męża i ojca, wykształcił czterech synów. W rodzinie był autorytetem. Jeśli ktoś miał jakieś problemy, mówiono: jedź do Franka, on rozsądnie poradzi ,podpowie ,jak je  rozwiązać . Wspomnę również  o tym, jak młodzież spędzała wolny czas. W każdej szkole była drużyna harcerska. Dzieci w wieku już 10 lat należały do zuchów. Zastępy zdobywały sprawności. Na zbiórkach realizowano tematykę obyczajową; zwracano uwagę na zachowanie wobec osób starszych , poszanowanie symboli narodowych , miłości do kraju itp.  Pożegnanie na zbiórkach brzmiało: „Czyń dobrze”. Praca była nadrzędną wartością, metodą wychowania. Nałogi, rozboje nie miały miejsca przynajmniej nikt o tym  nie słyszał. Harcerz musiał przestrzegać prawa harcerskiego. Znał go na pamięć i wcielał w życie. Nie jest to moje subiektywne odczucie. Taka była prawda, oczywista prawda.  Zastanawiam się , dlaczego dzisiaj jest inaczej. Słowo „ patriotyzm” w ustach młodych ludzi odbierane jest lekceważąco : „ moja ojczyzna jest tam , gdzie jest mi dobrze”.  Może spotkam się z oceną ,że jestem naiwna i staroświecka. Bądźmy dumni, że jesteśmy Polakami, uczmy swoje pociechy już od najmłodszych lat wiersza Stanisława Bełzy „Kto ty jesteś? -Polak mały…..”  Będzie on inspiracją do rozwoju osobowości młodego człowieka. Kto się tego raz nauczy, nigdy nie zapomni. Dlaczego nawiązałam do problemów wychowawczych? W sumie nasze zachowanie świadczy o nas – Polakach. Miło usłyszeć słowa , że Polacy sumiennie pracują w kraju  i za granicą , są odpowiedzialni , kreatywni i zdolni.  Zdarzają się jednak czarne owce, jak w każdym narodzie.
W każdym razie ja – osoba , która wiele przeszła w życiu, wiele widziała, jestem dumna  ze swojej polskości, swojej ojczyzny, jej dokonań , sukcesów .

poniedziałek, 14 października 2013

COŚ O MOICH CÓRKACH

Tak szczęśliwie się złożyło , że mam dwie córki. Różnica wieku między nimi wynosi 9 lat. Trzeba przyznać ,że w starszej Beacie miałam „troskliwą nianię” tej młodszej. Dopiero po latach wyznała mi, że miała przykre zdarzenie , wożąc wózkiem niemowlaka- siostrzyczkę. Niefortunnie najechała na kamień , wózek przewrócił się, dziecko wypadło. Wielkie przerażenie ! Podniosła siostrę z ziemi i nic nikomu nie mówiąc przywiozła do domu. Na szczęście obyło się bez obrażeń. Któregoś dnia powiedziała : „kupiliście taki wywrotny wózek, aż strach nim dziecko wozić…” Od tej pory zwracałam baczną uwagę na opiekunkę. Stawiałam wózek pod ogromnym, rozłożystym orzechem , dającym cień w upalne dni. Siostra tylko doglądała małej , miała ją w zasięgu ręki. Kiedy tylko dziecko zapłakało , zaraz interweniowała , wkładając do buzi smoczek- a miała ich dość dużą kolekcję, mąż już o to zadbał. Tragedią były sytuacje, gdy nie daj Boże zapodział się gdzieś ten ulubiony – szukali wszyscy i wszędzie.(Po latach Iza odwdzięczała się jej , przynosząc liściki od kolegów , trzymała w tajemnicy wiele sekretów starszej siostry). Beatka uczyła ją wierszyków, piosenek. Była dumna, gdy mała popisywała się tym przed rodzicami. Często z córkami w czasie wakacji wyjeżdżałam do swojej serdecznej przyjaciółki do Jordanowa. Pamiętam powrót do domu pociągiem. Iza miała wtedy gdzieś około 4 lat. W przedziale wykonała prawdziwy koncert wyśpiewując szlagiery tamtych lat, m. in.„ Kto na ławce wyciął serce i podpisał głupiej Elce”. Robiła to tak wdzięcznie, że wzbudziła zainteresowanie pasażerów z innych przedziałów . Dziwili się ,że takie małe dziecko śpiewa tak melodyjnie. Beata była dumna , przypisując sobie część zasług w lekcjach śpiewu. Oboje z mężem pracowaliśmy zawodowo, mieszkaliśmy na wsi, przedszkola , ani żłobka nie było. Trzeba było sobie jakoś radzić . Z pomocą przyszli przy pierwszej córce teściowie i prababcia zwana „Babciutą”, przy młodszej zaś – sąsiedzi, bezdzietne małżeństwo Państwa Białkozów. Izę traktowali jak swoją własną wnuczkę , okazywali jej dużo serdeczności i ciepła. W czasie wakacji przyjeżdżali do nich krewni z różnych stron kraju: Suwałki , Kraków , Lublin, Olecko. Pan Adolf pochodził z dobrej przedwojennej rodziny. Jego rodzice zginęli na Syberii, on ukończył szkołę rolniczą. Częstym gościem w Podlegórzu był jego siostrzeniec Staś z rodziną . Miał córkę w wieku Izy. Dziewczynki świetnie się dogadywały, nie było widać żadnej różnicy – choć jedna pochodziła z Krakowa , a druga z głębokiej prowincji. Pan Adolf jako przyszywany dziadek był z Izy bardzo dumny .
Dziś , kiedy Państwa Białkozów już nie ma, oprócz wdzięcznej pamięci, moja młodsza córka opiekuje się ich grobami. Tak być powinno .
Mimo różnicy wieku, siostry były do siebie bardzo przywiązane. Już w późniejszym okresie, kiedy Beata była na studiach i przyjeżdżała do domu, Iza wychodziła na przystanek, długo czekając na przyjazd autobusu. Latem często przyjeżdżał do nas mój brat Karol ze swoją rodziną. Jego syn był rok młodszy od Izy . Można by sądzić , że to rówieśnicy – nic bardziej mylnego. Moja córka bardzo przejęła się rolą opiekunki niewiele młodszego kuzyna. Chodziła za nim krok w krok i przestrzegała: „Lobuś uważaj, bo upadniesz”. ( nie wymawiała „r”). Lata upływały , dzieci rosły, do głowy przychodziły im różne pomysły. Pamiętam taką sytuację: przychodzę z ogrodu do domu. Cisza. Robert z Izą grają na podwórku w piłkę. Pozornie nic złego się nie dzieje. Nic bardziej mylnego… Kiedy weszłam do stołowego pokoju, z przerażeniem stwierdziłam, że ktoś usiłował czymś ostrym otworzyć drzwi kredensu zwykle zamknięte na klucz. Zrobił to wyjątkowo nieudolnie, niszcząc ! Trwa dochodzenie. Okazuje się ,że Robercik był zainteresowany , jaka tajemnica kryje się za zamkniętymi drzwiami, decyzja została podjęta bardzo szybko: otwieramy! Niestety brak właściwych narzędzi sprawił ,że operacja się nie powiodła, mebel jednak został zniszczony. Skarciłam oboje, zrozumiałam, że ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy. Musieli przecież myśleć , analizować, stosując metodę prób i błędów. To zdarzenie po latach będą mogli wspominać i opowiadać swoim dzieciom.Lata mijały, obie moje córki założyły rodziny. Nie wpłynęło to w żaden sposób na zmianę ich stosunku do siebie i wzajemne relacje .Mogą zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy , kiedym mnie zabraknie, na pewno też tak będzie. W związku z tym nasuwa mi się pewna refleksja , w tych trudnych dla międzyludzkich relacji czasach. Więzi rodzinne stają się dziś anachronizmem, każdy żyje we własnym światku, niechętnie angażując się w problemy bliskich . Nie jest to dobre, ja tego nie pochwalam. Moja maksyma życiowa :”Miłość jest kluczem do bram nieba, pasuje do wszystkich drzwi, a więc kochajmy i bądźmy kochani” – szczególnie w rodzinie.


                                                                           Z córkami


poniedziałek, 7 października 2013

CZY STARE DRZEWA MOŻNA PRZESADZAĆ?

Wszystko ma swój początek i koniec. Wydaje się to absurdalne lecz prawdziwe. Kiedy się jest młodym, cały świat staje otworem, realizuje się marzenia, ma się rozległe plany. Pesymistycznie to zabrzmi, kiedy się jest u schyłku życia. Tu liczy się tylko przetrwanie, cisz, spokój i refleksja nad tym , jak się przeżyło swoje życie: dobrze czy źle? Czego się więcej zrobiło : dobrego czy złego? Nadszedł m moment, że zostałam zmuszona opuścić swój uroczy Podlegórz. Starość, choroby zmusiły mnie do tego.  Jak ciężko się rozstać z miejscem , w którym spędziło się ponad 60 lat- z przyjaciółmi, sąsiadami, z najbliższymi spoczywającymi na miejscowym cmentarzu. Moja posiadłość trafiła w dobre ręce uczciwych, kulturalnych ludzi, którzy wobec mnie okazali wiele empatii, stworzyli milą atmosferę przy załatwianiu wielu uciążliwych i kłopotliwych spraw. Pełni zaangażowania z, z perspektywą na przyszłość przy modernizacji domu. Cieszy mnie to , gdyż ja nie byłam już w stanie unowocześniać  i upiększać. Z ich strony mam zapewnienie, że ilekroć będę w  Podlegórzu, zawsze mogę  liczyć na ich miłe przyjęcie. Dzięki im za to. Ze wzruszeniem będę wspominać Palmową Niedzielę 2013 roku. Wieś się rozeszła , że będę opuszczać Podlegórz. Po  wyjściu z kościoła moi sąsiedzi, byli uczniowie , ich rodzice  ( tego młodszego pokolenia) ciepło się ze mną pożegnali, nie szczędząc mi miłych słów. Zapraszali, kiedy tylko będę w tamtych stronach . Była to dla mnie chwila ogromnego wzruszenia- miło a zarazem ciężko rozstać się z ludźmi, z którymi przeżyło się tyle lat w dobrosąsiedzkich stosunkach, w życzliwości.                                                                                                                             Przeprowadzka, jak mówią, to mały pożar. Wszystkiego się z sobą nie zabierze. Córki są już urządzone, nie było potrzeby przekazywać im swój dobytek.  Przykro mi było rozstawać się z moimi pieskami Łatką i Morusem. Na szczęście nowi właściciele zobowiązali się je „zaadoptować”. Niestety Łatka po kilku dniach zaginęła,( przypuszczam, że opuściła ten padół) myślę, że stało się to z tęsknoty. Przypomina mi się  w tym momencie opowieść mego wuja Kazimierza. Opowiadał o takim zdarzeniu, które miało miejsce w czasie II wojny światowej. Na froncie żołnierz miał ze sobą psa. Podczas nalotów samolotów niemieckich zginął, koledzy pochowali go w przydrożnym rowie i odeszli zwierzę- wierny przyjaciel został przy swoim panu. Co się z nim stało- nie wiadomo, można się jedynie domyślić. Zwierzęta potrafią być wierne i szczere , czego niekoniecznie możemy spodziewać się po ludziach.                                                                                                      Ze smutkiem opuściłam parafię , do której należałam tyle lat. Pożegnanie z Proboszczem ks. Sławomirem Kuklą było dla mnie bolesne, nie wiedziałam , czy spotkam jeszcze tak tolerancyjnego, rozumiejącego potrzeby ludzi, księdza. Dobry gospodarz- zadbał o nasz urokliwy kościół po wezwaniem  Podwyższenia Krzyża. Jego ogromne zaangażowanie i współpraca ze społecznością parafialną sprawiły, że świątynia zyskała jeszcze bardziej na swoim pięknie. Moja droga z Podlegórza prowadzi do Małomic do mojej córki Beaty i zięcia Zdzisława. Dzieci na mój przyjazd urządziły dla mnie pokój , starając się , by wystrojem przypominał mi mój w Podlegórzu, rodzinne pamiątki, zdjęcia , bibeloty, biblioteczkę.  Zięć zastosował wobec mnie terapię słowną:” będzie dobrze”! Rano przed odejściem do pracy i po powrocie, powtarza te słowa. Trudno uwierzyć , ale jak to leczy osłabioną psychikę- dzięki mu za to. Córka szczególnie dba o mój stan fizyczny- muszę ukrywać przed nią złe samopoczucie, bo jak tylko coś zauważy, to zaraz rejestruje mnie do lekarza. Z tego powodu  całe tygodnie mam zajęte ! Opiekę mam wspaniałą, Wnuczka z Londynu często przypomina mi o ćwiczeniach pamięci, podaje mi zalecenia, które sprawią ,ze moje życie nie będzie takie monotonne. To ona zmobilizowała mnie do reaktywacji bloga. Myślę sobie: Wnusiu, przed starością i śmiercią  nikt nie ucieknie, chyba że na krótko jak w wierszu J.I.Kraszewskiego „Dziad i baba”. Bolesna jest dla mnie myśl, że  na cmentarzu obok kościoła leżą moi najbliżsi- mama, mąż, teściowie, kuzyni. Na myśl, że nie będę mogła ich odwiedzać tak często jakbym chciała, dbać o ich groby, było mi przykro. Młodsza córka Izunia, przejęła na siebie ten obowiązek. Moja nieobecność akurat w tym miejscu jest niezauważalna , wszystko zrobione jest z ogromną starannością, a ostatnie zmiany wokół grobu mego męża Jana (płytki ułatwiające utrzymanie czystości i zapobiegające wyrastaniu chwastów)  są zasługą zięcia Sławka.
Po każdych odwiedzinach w tym miejscu czuję ,że moje słabe serce dopada nostalgia i długo się nie mogę pozbierać. Beata ze Zdzisiem w miarę możliwości i czasu organizują dalsze i bliższe wyjazdy do różnych miejsc: Świeradów Zdrój, Licheń, do mojej przyjaciółki Anieli mieszkającej w Gościkowie- Paradyżu- jak to mówią-  podróże sentymentalne.
Mam dobrze, ale… w mojej podświadomości krąży myśl, aby nie być dla nich ciężarem, by jak najdłużej być samodzielną , cieszyć się szczęściem swoich dzieci i wnuczek, przyjaciółmi , których mam wielu wypróbowanych, sprawdzonych. To mnie napawa optymizmem, a ten na pewno każdemu jest potrzebny. Posesja zięcia i córki przypomina mi poniekąd moją w Podlegórzu. Jest ogródek warzywny, kilka drzew owocowych, pięknie utrzymany trawnik, kwiaty. Prze okno swego pokoju widzę zieloną ścianę lasu. Wiosną i latem słychać śpiew ptaków , rechot żab w pobliskich gliniankach , koncerty świerszczy. Mój stan zdrowia, a konkretnie problemy z chodzeniem  nie pozwalają mi na dalsze wyprawy, „krążę” po posesji i cieszę się ,że nie muszę mieszkać w blokach  na którymś piętrze ograniczona do balkonu. Staram się zapuścić korzenie w nową ziemię, jest to trudne, ale przy odpowiednim nastawieniu psychicznym , racjonalnym myśleniu  być może choć trochę się uda – „będzie dobrze, musi być dobrze”! ciekawa jestem c, czy zdążę jeszcze, czasu nie zostało aż tak dużo. Głowa do góry , staruszko Ireno!

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.