Tak szczęśliwie się złożyło , że mam dwie córki. Różnica wieku między nimi wynosi 9 lat. Trzeba przyznać ,że w starszej Beacie miałam „troskliwą nianię” tej młodszej. Dopiero po latach wyznała mi, że miała przykre zdarzenie , wożąc wózkiem niemowlaka- siostrzyczkę. Niefortunnie najechała na kamień , wózek przewrócił się, dziecko wypadło. Wielkie przerażenie ! Podniosła siostrę z ziemi i nic nikomu nie mówiąc przywiozła do domu. Na szczęście obyło się bez obrażeń. Któregoś dnia powiedziała : „kupiliście taki wywrotny wózek, aż strach nim dziecko wozić…” Od tej pory zwracałam baczną uwagę na opiekunkę. Stawiałam wózek pod ogromnym, rozłożystym orzechem , dającym cień w upalne dni. Siostra tylko doglądała małej , miała ją w zasięgu ręki. Kiedy tylko dziecko zapłakało , zaraz interweniowała , wkładając do buzi smoczek- a miała ich dość dużą kolekcję, mąż już o to zadbał. Tragedią były sytuacje, gdy nie daj Boże zapodział się gdzieś ten ulubiony – szukali wszyscy i wszędzie.(Po latach Iza odwdzięczała się jej , przynosząc liściki od kolegów , trzymała w tajemnicy wiele sekretów starszej siostry). Beatka uczyła ją wierszyków, piosenek. Była dumna, gdy mała popisywała się tym przed rodzicami. Często z córkami w czasie wakacji wyjeżdżałam do swojej serdecznej przyjaciółki do Jordanowa. Pamiętam powrót do domu pociągiem. Iza miała wtedy gdzieś około 4 lat. W przedziale wykonała prawdziwy koncert wyśpiewując szlagiery tamtych lat, m. in.„ Kto na ławce wyciął serce i podpisał głupiej Elce”. Robiła to tak wdzięcznie, że wzbudziła zainteresowanie pasażerów z innych przedziałów . Dziwili się ,że takie małe dziecko śpiewa tak melodyjnie. Beata była dumna , przypisując sobie część zasług w lekcjach śpiewu. Oboje z mężem pracowaliśmy zawodowo, mieszkaliśmy na wsi, przedszkola , ani żłobka nie było. Trzeba było sobie jakoś radzić . Z pomocą przyszli przy pierwszej córce teściowie i prababcia zwana „Babciutą”, przy młodszej zaś – sąsiedzi, bezdzietne małżeństwo Państwa Białkozów. Izę traktowali jak swoją własną wnuczkę , okazywali jej dużo serdeczności i ciepła. W czasie wakacji przyjeżdżali do nich krewni z różnych stron kraju: Suwałki , Kraków , Lublin, Olecko. Pan Adolf pochodził z dobrej przedwojennej rodziny. Jego rodzice zginęli na Syberii, on ukończył szkołę rolniczą. Częstym gościem w Podlegórzu był jego siostrzeniec Staś z rodziną . Miał córkę w wieku Izy. Dziewczynki świetnie się dogadywały, nie było widać żadnej różnicy – choć jedna pochodziła z Krakowa , a druga z głębokiej prowincji. Pan Adolf jako przyszywany dziadek był z Izy bardzo dumny .
Dziś , kiedy Państwa Białkozów już nie ma, oprócz wdzięcznej pamięci, moja młodsza córka opiekuje się ich grobami. Tak być powinno .
Mimo różnicy wieku, siostry były do siebie bardzo przywiązane. Już w późniejszym okresie, kiedy Beata była na studiach i przyjeżdżała do domu, Iza wychodziła na przystanek, długo czekając na przyjazd autobusu. Latem często przyjeżdżał do nas mój brat Karol ze swoją rodziną. Jego syn był rok młodszy od Izy . Można by sądzić , że to rówieśnicy – nic bardziej mylnego. Moja córka bardzo przejęła się rolą opiekunki niewiele młodszego kuzyna. Chodziła za nim krok w krok i przestrzegała: „Lobuś uważaj, bo upadniesz”. ( nie wymawiała „r”). Lata upływały , dzieci rosły, do głowy przychodziły im różne pomysły. Pamiętam taką sytuację: przychodzę z ogrodu do domu. Cisza. Robert z Izą grają na podwórku w piłkę. Pozornie nic złego się nie dzieje. Nic bardziej mylnego… Kiedy weszłam do stołowego pokoju, z przerażeniem stwierdziłam, że ktoś usiłował czymś ostrym otworzyć drzwi kredensu zwykle zamknięte na klucz. Zrobił to wyjątkowo nieudolnie, niszcząc ! Trwa dochodzenie. Okazuje się ,że Robercik był zainteresowany , jaka tajemnica kryje się za zamkniętymi drzwiami, decyzja została podjęta bardzo szybko: otwieramy! Niestety brak właściwych narzędzi sprawił ,że operacja się nie powiodła, mebel jednak został zniszczony. Skarciłam oboje, zrozumiałam, że ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy. Musieli przecież myśleć , analizować, stosując metodę prób i błędów. To zdarzenie po latach będą mogli wspominać i opowiadać swoim dzieciom.Lata mijały, obie moje córki założyły rodziny. Nie wpłynęło to w żaden sposób na zmianę ich stosunku do siebie i wzajemne relacje .Mogą zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy , kiedym mnie zabraknie, na pewno też tak będzie. W związku z tym nasuwa mi się pewna refleksja , w tych trudnych dla międzyludzkich relacji czasach. Więzi rodzinne stają się dziś anachronizmem, każdy żyje we własnym światku, niechętnie angażując się w problemy bliskich . Nie jest to dobre, ja tego nie pochwalam. Moja maksyma życiowa :”Miłość jest kluczem do bram nieba, pasuje do wszystkich drzwi, a więc kochajmy i bądźmy kochani” – szczególnie w rodzinie.
Dziś , kiedy Państwa Białkozów już nie ma, oprócz wdzięcznej pamięci, moja młodsza córka opiekuje się ich grobami. Tak być powinno .
Mimo różnicy wieku, siostry były do siebie bardzo przywiązane. Już w późniejszym okresie, kiedy Beata była na studiach i przyjeżdżała do domu, Iza wychodziła na przystanek, długo czekając na przyjazd autobusu. Latem często przyjeżdżał do nas mój brat Karol ze swoją rodziną. Jego syn był rok młodszy od Izy . Można by sądzić , że to rówieśnicy – nic bardziej mylnego. Moja córka bardzo przejęła się rolą opiekunki niewiele młodszego kuzyna. Chodziła za nim krok w krok i przestrzegała: „Lobuś uważaj, bo upadniesz”. ( nie wymawiała „r”). Lata upływały , dzieci rosły, do głowy przychodziły im różne pomysły. Pamiętam taką sytuację: przychodzę z ogrodu do domu. Cisza. Robert z Izą grają na podwórku w piłkę. Pozornie nic złego się nie dzieje. Nic bardziej mylnego… Kiedy weszłam do stołowego pokoju, z przerażeniem stwierdziłam, że ktoś usiłował czymś ostrym otworzyć drzwi kredensu zwykle zamknięte na klucz. Zrobił to wyjątkowo nieudolnie, niszcząc ! Trwa dochodzenie. Okazuje się ,że Robercik był zainteresowany , jaka tajemnica kryje się za zamkniętymi drzwiami, decyzja została podjęta bardzo szybko: otwieramy! Niestety brak właściwych narzędzi sprawił ,że operacja się nie powiodła, mebel jednak został zniszczony. Skarciłam oboje, zrozumiałam, że ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy. Musieli przecież myśleć , analizować, stosując metodę prób i błędów. To zdarzenie po latach będą mogli wspominać i opowiadać swoim dzieciom.Lata mijały, obie moje córki założyły rodziny. Nie wpłynęło to w żaden sposób na zmianę ich stosunku do siebie i wzajemne relacje .Mogą zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy , kiedym mnie zabraknie, na pewno też tak będzie. W związku z tym nasuwa mi się pewna refleksja , w tych trudnych dla międzyludzkich relacji czasach. Więzi rodzinne stają się dziś anachronizmem, każdy żyje we własnym światku, niechętnie angażując się w problemy bliskich . Nie jest to dobre, ja tego nie pochwalam. Moja maksyma życiowa :”Miłość jest kluczem do bram nieba, pasuje do wszystkich drzwi, a więc kochajmy i bądźmy kochani” – szczególnie w rodzinie.
Z córkami

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz