Wszystko ma swój początek i koniec. Wydaje się to absurdalne lecz prawdziwe. Kiedy się jest młodym, cały świat staje otworem, realizuje się marzenia, ma się rozległe plany. Pesymistycznie to zabrzmi, kiedy się jest u schyłku życia. Tu liczy się tylko przetrwanie, cisz, spokój i refleksja nad tym , jak się przeżyło swoje życie: dobrze czy źle? Czego się więcej zrobiło : dobrego czy złego? Nadszedł m moment, że zostałam zmuszona opuścić swój uroczy Podlegórz. Starość, choroby zmusiły mnie do tego. Jak ciężko się rozstać z miejscem , w którym spędziło się ponad 60 lat- z przyjaciółmi, sąsiadami, z najbliższymi spoczywającymi na miejscowym cmentarzu. Moja posiadłość trafiła w dobre ręce uczciwych, kulturalnych ludzi, którzy wobec mnie okazali wiele empatii, stworzyli milą atmosferę przy załatwianiu wielu uciążliwych i kłopotliwych spraw. Pełni zaangażowania z, z perspektywą na przyszłość przy modernizacji domu. Cieszy mnie to , gdyż ja nie byłam już w stanie unowocześniać i upiększać. Z ich strony mam zapewnienie, że ilekroć będę w Podlegórzu, zawsze mogę liczyć na ich miłe przyjęcie. Dzięki im za to. Ze wzruszeniem będę wspominać Palmową Niedzielę 2013 roku. Wieś się rozeszła , że będę opuszczać Podlegórz. Po wyjściu z kościoła moi sąsiedzi, byli uczniowie , ich rodzice ( tego młodszego pokolenia) ciepło się ze mną pożegnali, nie szczędząc mi miłych słów. Zapraszali, kiedy tylko będę w tamtych stronach . Była to dla mnie chwila ogromnego wzruszenia- miło a zarazem ciężko rozstać się z ludźmi, z którymi przeżyło się tyle lat w dobrosąsiedzkich stosunkach, w życzliwości. Przeprowadzka, jak mówią, to mały pożar. Wszystkiego się z sobą nie zabierze. Córki są już urządzone, nie było potrzeby przekazywać im swój dobytek. Przykro mi było rozstawać się z moimi pieskami Łatką i Morusem. Na szczęście nowi właściciele zobowiązali się je „zaadoptować”. Niestety Łatka po kilku dniach zaginęła,( przypuszczam, że opuściła ten padół) myślę, że stało się to z tęsknoty. Przypomina mi się w tym momencie opowieść mego wuja Kazimierza. Opowiadał o takim zdarzeniu, które miało miejsce w czasie II wojny światowej. Na froncie żołnierz miał ze sobą psa. Podczas nalotów samolotów niemieckich zginął, koledzy pochowali go w przydrożnym rowie i odeszli zwierzę- wierny przyjaciel został przy swoim panu. Co się z nim stało- nie wiadomo, można się jedynie domyślić. Zwierzęta potrafią być wierne i szczere , czego niekoniecznie możemy spodziewać się po ludziach. Ze smutkiem opuściłam parafię , do której należałam tyle lat. Pożegnanie z Proboszczem ks. Sławomirem Kuklą było dla mnie bolesne, nie wiedziałam , czy spotkam jeszcze tak tolerancyjnego, rozumiejącego potrzeby ludzi, księdza. Dobry gospodarz- zadbał o nasz urokliwy kościół po wezwaniem Podwyższenia Krzyża. Jego ogromne zaangażowanie i współpraca ze społecznością parafialną sprawiły, że świątynia zyskała jeszcze bardziej na swoim pięknie. Moja droga z Podlegórza prowadzi do Małomic do mojej córki Beaty i zięcia Zdzisława. Dzieci na mój przyjazd urządziły dla mnie pokój , starając się , by wystrojem przypominał mi mój w Podlegórzu, rodzinne pamiątki, zdjęcia , bibeloty, biblioteczkę. Zięć zastosował wobec mnie terapię słowną:” będzie dobrze”! Rano przed odejściem do pracy i po powrocie, powtarza te słowa. Trudno uwierzyć , ale jak to leczy osłabioną psychikę- dzięki mu za to. Córka szczególnie dba o mój stan fizyczny- muszę ukrywać przed nią złe samopoczucie, bo jak tylko coś zauważy, to zaraz rejestruje mnie do lekarza. Z tego powodu całe tygodnie mam zajęte ! Opiekę mam wspaniałą, Wnuczka z Londynu często przypomina mi o ćwiczeniach pamięci, podaje mi zalecenia, które sprawią ,ze moje życie nie będzie takie monotonne. To ona zmobilizowała mnie do reaktywacji bloga. Myślę sobie: Wnusiu, przed starością i śmiercią nikt nie ucieknie, chyba że na krótko jak w wierszu J.I.Kraszewskiego „Dziad i baba”. Bolesna jest dla mnie myśl, że na cmentarzu obok kościoła leżą moi najbliżsi- mama, mąż, teściowie, kuzyni. Na myśl, że nie będę mogła ich odwiedzać tak często jakbym chciała, dbać o ich groby, było mi przykro. Młodsza córka Izunia, przejęła na siebie ten obowiązek. Moja nieobecność akurat w tym miejscu jest niezauważalna , wszystko zrobione jest z ogromną starannością, a ostatnie zmiany wokół grobu mego męża Jana (płytki ułatwiające utrzymanie czystości i zapobiegające wyrastaniu chwastów) są zasługą zięcia Sławka.
Po każdych odwiedzinach w tym miejscu czuję ,że moje słabe serce dopada nostalgia i długo się nie mogę pozbierać. Beata ze Zdzisiem w miarę możliwości i czasu organizują dalsze i bliższe wyjazdy do różnych miejsc: Świeradów Zdrój, Licheń, do mojej przyjaciółki Anieli mieszkającej w Gościkowie- Paradyżu- jak to mówią- podróże sentymentalne.
Mam dobrze, ale… w mojej podświadomości krąży myśl, aby nie być dla nich ciężarem, by jak najdłużej być samodzielną , cieszyć się szczęściem swoich dzieci i wnuczek, przyjaciółmi , których mam wielu wypróbowanych, sprawdzonych. To mnie napawa optymizmem, a ten na pewno każdemu jest potrzebny. Posesja zięcia i córki przypomina mi poniekąd moją w Podlegórzu. Jest ogródek warzywny, kilka drzew owocowych, pięknie utrzymany trawnik, kwiaty. Prze okno swego pokoju widzę zieloną ścianę lasu. Wiosną i latem słychać śpiew ptaków , rechot żab w pobliskich gliniankach , koncerty świerszczy. Mój stan zdrowia, a konkretnie problemy z chodzeniem nie pozwalają mi na dalsze wyprawy, „krążę” po posesji i cieszę się ,że nie muszę mieszkać w blokach na którymś piętrze ograniczona do balkonu. Staram się zapuścić korzenie w nową ziemię, jest to trudne, ale przy odpowiednim nastawieniu psychicznym , racjonalnym myśleniu być może choć trochę się uda – „będzie dobrze, musi być dobrze”! ciekawa jestem c, czy zdążę jeszcze, czasu nie zostało aż tak dużo. Głowa do góry , staruszko Ireno!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz