poniedziałek, 28 grudnia 2015

„Święta miłości kochanej Ojczyzny”

Data 11 listopada 1918 roku symbolizuje bardzo ważny dzień. Dzień uzyskania niepodległości po ponad 100 latach niewoli. Nie możemy zapomnieć o tej ważnej dacie. Należy przypominać ją całemu społeczeństwu, a szczególnie młodemu pokoleniu. Niech pamiętają, że o wolną Polskę walczyło kilka pokoleń. Walka ta miała różny wymiar: walki powstańcze, zrywy narodowe itp. Najbardziej udało się utrzymać polskość poprzez pielęgnowanie kultury, naszego pięknego języka. Komu to zawdzięczamy? Oczywiście rodzicom, którzy świecili przykładem swoim dzieciom. Nauczycielom, którzy mimo zakazów, uczyli języka polskiego. Należy wspomnieć o artystach, pisarzach, poetach, którzy tworzyli w języku ojczystym. W utworach ich przeważały treści patriotyczne i wzbogacały naszą kulturę narodową. Szczególnie dużo zawdzięczamy naszym wieszczom narodowym: Mickiewiczowi, Słowackiemu i wielu innym. Oni to przez swoją twórczość dążyli do zachowania patriotyzmu wśród Polaków, przedstawiali sposoby walki o niepodległość. Dlatego rocznica odzyskania niepodległości jest okazją, by oddać hołd pokoleniom naszych przodków.
W kształtowaniu uczuć patrotycznych, ogromną rolę winna spełniać polska szkoła. Programy szkolne jak dotąd mało lekcji poświęcają nauce historii. Szkoły powinny zainteresować młodych ludzi historią, prowadzić edukację patrotyczną, ukazywać piękne wzorce naszych bohaterów narodowych. Istnieje wiele pomysłów, wystarczy trochę inwencji twórczej ze strony nauczycieli historii.Należy rozwijać zainteresowanie, poznawać przeszłość naszego narodu, który może być i jest przykładem dla innych. Polacy potrafią walczyć o „wolność waszą i naszą”. Bądźmy z tego dumni.
W związku z obchodami Święta Niepodległości, najczęściej ograniczamy się do organizowania apeli na terenie szkoły. To stanowczo za mało. Młodzieży należałoby w sposób interesujący przedstawić wydarzenia z naszej bolesnej historii. Mam na myśli organizowanie wycieczek do miejsc związanych z odzyskaniem niepodległości, a takowe w Polsce są.
Patriotyzm utrzymujemy na konkretnej kulturze i obyczajach i to należy młodzieży ukazywać. Przez niektórych patriotyzm jest różnie rozumiany. W patriotyzmie nie ma miejsca na nienawiść dla innych narodów. Inne jest pojęcie nacjonalisty, który uważa, że jego naród jest najlepszy, wywyższa go ponad inne, nie ma szacunku do innych narodów.
Pamiętam jako dziecko sześcioletnie i z opowiadań mojej Matki, że nasze ziemie były gościnne. W Polsce mieszkało wiele różnych narodowości. Polska była różnorodna. Byli tu Żydzi, Ukraińcy, Litwini, Tatarzy. Akceptował to nasz wódz narodowy Józef Piłsudzki. Żydów uważał za narodowy element rzeczywistości polskiej i obca mu była ksenofobia. Nie było widocznego muru, który by dzielił nasz kontynent.
Obecnie zauważa się w organizacjach takich jak Młodzież Wszechpolska, Ruch Narodowy wiele agresji i braku zrozumienia dla ludzi o innym pochodzeniu, kolorze skóry, przekonaniach religijnych. Młodzież ta ukazuje swój egoizm, zanika wrażliwość na wartości życia ludzkiego i godność każdego człowieka. Obrzucanie inwektywami, wykrzykiwanie haseł „Polska dla Polski” i „Polska dla Polaków” budzi wielki niesmak i nie przynosi chluby naszemu narodowi. Czy tak postępują chrześcijanie, katolicy? Zgadzam się z tym, że jest demokracja, wolność słowa, wyrażanie swoich myśli, ale są granice, którch nie można przekraczać. Przytoczę słowa Jana Pawła II: „demokracja bez wartości, przeradza się w totalitaryzm”. Racją bytu każdego państwa jest suwerenność społeczeństw, Narodu, Ojczyzny – my Polacy najbardziej to doceniamy. Nauczyliśmy się poprzez całe nasze dzieje poprzez ciężkie doświadczenia. To doświadczenie wyłoniło wielu patriotów przywódców. Miło jest uczestniczyć w demonstracjach pokojowych, oglądać centralne obchody Święta Niepodległości, wspaniałe defilady wojsk, słuchać przemówień ważnych osobistości, pod pomnikami bohaterów składać kwiaty, zapalać znicze na grobach żołnierzy. Jak odświętnie wygląda nasz kraj: gmachy państwowe, domy, ulice, udekorowane polskimi flagami. Dla dzieci i młodzieży jest to wspaniała lekcja patriotyzmu ukazująca przeszł ość naszego ukochanego kraju. W tak radosnym dniu należy cieszyć się wolnością, suwerennością. Co roku z rosnącym smutkiem patrzę , jak Święto Niepodległości zmienia swój charakter.Staje się świętem burd, mowy nienawiści, wykluczeń. Patrzę na tłumy młodzieży, rzucające petardy,race, wykrzykujące obraźliwe hasła i zastawiam się , czego chcą, o co walczą? Może przyczyną jest dobrobyt?Może nieznajomość historii Polski przysłoniła zdrowe myślenie?
Moim zdaniem hasła powinny brzmieć Polska jest piękna, wzniesiona z ruin i zniszczeń wojennych przez naszych dziadków. Pracujmy dla Polski – nauką, pracą, tolerancją, pomnażajmy jej dom brobyt. Cieszy mnie, że w roku 2015 obchody Święta Niepodległości miały inny charakter. Manifestacje przebiegały spokojnie. Wierzę w młodzież polską, w jej rozwagę i mądrość. Wierzę, że zrozumie, że w jedności siła. Polska bez podziałów – niech to będzie przewodnie hasło.

środa, 21 października 2015

podziękowanie

Drogim czytelnikom mego bloga – Czesi, Kasi i Aleksemu serdecznie dziękuję za życzenia imieninowe. Pozdrawiam.

niedziela, 4 października 2015

WIDMO ŚWIATOWEGO KONFLIKTU ?

Historia sięga czasów odległych , tak przykrych wydarzeń jak wojny. Miały one miejsce od zarania. Dlaczego tak się działo i dzieje obecnie?
Czym jest wojna ? Nietrudno dać odpowiedź. O co chodzi państwom , które napadają na inne? Zyski i tylko zyski-  powiększenie własnego terytorium. Kto traci? Kto cierpi? Szczęśliwe jest to pokolenie, które jej nie zaznało, a zna tylko z opowieści pradziadków i lekcji historii. Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie , Afryce Północnej , wojna domowa w Syrii przez młodych ludzi rozpatrywana jest niekiedy sceptycznie. Inaczej pochodzi do tego dramatu społeczeństwo starsze. Jak mówi przysłowie, żeby zrozumieć drugiego człowieka , trzeba przeżyć to co on. Wojna w Syrii zmusza ludzi do ucieczki przed śmiercią, głodem, cierpieniem , nienawiścią z własnego kraju. Pozostawiają swój cały dorobek , ryzykują życiem. Giną w morzu, w ciemnej otchłani. Stłoczeni w ciężarowych samochodach nieprzystosowanych do przewożenia ludzi – duszą się. Serce poczciwego człowieka tego nie może znieść. Nie można przejść obojętnie obok tej sytuacji. Musimy mieć na uwadze i pamiętać, że my  Polacy też byliśmy skazani na emigrację, nas też przyjmowano ( mam na myśli Iran, Egipt, Wielką Brytanię). Moim zdaniem powinniśmy solidaryzować się w tej sprawie z krajami Unii Europejskiej. Pamiętajmy ,ze niektóre z nich przez wiele lat odnosiły korzyści z posiadania kolonii w tych właśnie regionach, z których dziś ściągają do nas uchodźcy. Mają dług wobec Afryki i Azji. Powinny poczuwać się do solidarności z emigrantami i przyjąć ich z zachowaniem zasad bezpieczeństwa, a nie krzywym okiem patrzeć na Polskę i oburzać się naszymi wątpliwościami. Szczerze mówiąc, to uchodźcy nie są przychylni, by zostać w Polsce. Nie jesteśmy dla nich krajem docelowym, jedynie przystankiem na trasie do Ziemi Obiecanej. Rząd polski życzliwie odnosi się do inicjatywy przyjęcia uchodźców  pod warunkiem rozsądnej ich liczby tak ,aby móc zagwarantować im odpowiednie na nasze polskie możliwości warunki egzystencji. Musimy też mieć na uwadze naszych rodaków- samotne matki, ludzi starszych , potrzebujących wsparcia państwa ( rodziny wielodzietne, dysfunkcyjne). Nie jesteśmy krajem bogatym tak jak Niemcy. Wielu z nas popiera  apel Papieża Franciszka , by każda parafia katolicka przyjęła jedną rodzinę starającą się o azyl w Polsce. I nie jest tu ważne, jaką religię wyznają , jakie mają pochodzenie, kolor skóry. „Miłosierdzie jest drugim imieniem miłości”. Niektórzy nasi politycy krytykują papieża, niezbyt przychylnie odnoszą się do problemu uchodźców w Polsce. Jak twierdzą, nie powinno tu być wyznawców Islamu, oni to bowiem roznoszą zarazę terroryzmu.  Jeden z polityków mówi  „Nie miłuj bliźniego swego , bardziej niż siebie samego”. Pachnie to egoizmem i małostkowością. Ostro osądzam  taką postawę . Trzeba też wiedzieć, że nie każdy islamista to terrorysta. Musimy zabezpieczyć spokój i bezpieczeństwo naszego kraju. Jest to problem złożony. Jedno jest pewne: wszyscy „przyjezdni” powinni być poddani  gruntownej weryfikacji, to trudne, ale możliwe. Pomijam kobiety z dziećmi i starców choć niejeden gotów mi zarzucić ,że i wśród nich może czaić się zło terroryzmu. Większość uchodźców to ludzie młodzi. Wobec nich  pojawiają się różne podejrzenia i nie dziwię się . Ci młodzi mężczyźni powinni byli raczej włączyć się  do walki z terrorem we własnym kraju. Dlaczego tego nie podejmują? Wielu mówi ,że to nie uchodźcy a imigranci ekonomiczni szukający łatwiejszego i lepszego życia. Tu należy zastosować inną strategię. Obawy naszego społeczeństwa mogą być uzasadnione, jeśli napływ uchodźców porównamy do tsunami. Tę sytuację należy głęboko przemyśleć i potraktować poważnie. Islam głosi , że jest religią pokoju. Nie ubliżając żadnej religii, nie ma ona nic wspólnego z pokojem , tolerancją, zmianami zachodzącymi w świecie w XXI wieku. Polacy nie bardzo wierzą , że ludzie innej kultury, religii z dnia na dzień staną się ich przykładnymi  sąsiadami. Obawiają się ,że uchodźcy zaczną stawiać wymagania dotyczące spraw socjalnych, miejsc wyznawania kultu religijnego tak jak to ma miejsce w niektórych europejskich krajach. Unia powinna być politycznie zintegrowana, mieć wspólną politykę zagraniczną, poważnie zaangażować się w stabilizację sytuacji w Syrii. Problem ten zaczynają rozwiązywać na swój sposób mocarstwa -Rosja już zaczęła. Aby zakończyła się wojna domowa w Syrii ,zależy też w dużym stopniu od mocarstw regionalnych – Arabii Saudyjskiej i Iranu. Te państwa niestety tylko podżegają konflikt syryjski. Trzeba tak działać , żeby powstrzymać napływ uchodźców i pomóc rozwiązać problemy w ich kraju. Stabilność na świecie leży w gestii ONZ. Musi być dobra wola, duch współpracy , połączenie międzynarodowej koalicji antyterrorystycznej. To moja opinia na ten temat.

niedziela, 19 lipca 2015

ZE WSPOMNIEŃ MOJEJ PRZYJACIÓŁKI

Lata 1952-57 należą do najpiękniejszych wspomnień mojej młodości. Wspaniały dom rodzinny, kochająca matka, jedyny brat. Po ukończeniu liceum pierwsza placówka w Jordanowie- zawód wybrany z powołania, młodość, cóż może w życiu cieszyć bardziej? Moje pierwsze głosowanie do Parlamentu, które odbyło się 26 października 1952 roku. Ten dzień pozostał mi w pamięci. Wtedy poznałam Anielę Stempin. Była moją rodaczką , też pochodziła z Wołynia. Zaprzyjaźniłyśmy się. Aniela pracowała w księgowości w Świebodzinie, dojeżdżała autobusem. Miałyśmy wspólne tematy, zainteresowania, uczestniczyłyśmy w rozrywkach lokalnych. Opowiadała mi o swoich przeżyciach od 1939 roku do zakończenia drugiej wojny światowej. Jako dziecko sześcioletnie wiele pamiętała. Resztę wspomnień uzupełniała jej mama- Pani Julia. Ja również dzieliłam się wspomnieniami z lat 1943-45: ucieczka przed bandami UPA , następnie ciężki obóz pracy w lagrach w Liechtenbergu                         ( Saksonia).  Los nasz różnił się nieco. Ja w kraju sąsiadującym z  Polską, w Niemczech ( wspomnienia opisałam wcześniej w moim blogu), historia Anieli była bardziej „skomplikowana”.  Słuchałam tych wspomnień z niedowierzaniem, ale to była najprawdziwsza historia, mimo ,że służalcza polityka zatajała te fakty, przekłamywała prawdę o Syberii. Ojciec Anieli był podoficerem Wojsk Ochrony Pogranicza, mama – gospodynią  domową. Poznał ją na Wołyniu we wsi Choszczy na zabawie zorganizowanej przez władze lokalne. Julia była piękną dziewczyną, zakochał się w niej bez pamięci i wkrótce zostali małżeństwem. W 1933 roku na świat przyszła moja przyjaciółka.  Dwa lata później jej brat Czesio. W 1937 roku Pan Stempin wybudował dla rodziny dom. Wszyscy byli szczęśliwi i wydawało się ,że nic temu szczęściu nie może zagrozić. Itak było do 1939 roku. Napaść Niemców na Polskę zburzyła ten spokój. Tragedii dopełniło wejście Rosjan na ziemie wschodnie Polski 17 września i wywóz żołnierzy polskich w głąb Rosji. Mama Anieli z dwójką dzieci została w swoim domu. O ojcu nic nie wiedziały- gdzie jest i co się z nim dzieje. Doznały szoku, kiedy to 10 lutego 1940 roku przyszli NKW- dziści pod ich dom w Choszczy. Zapukali w okno i kazali się zbierać do wyjazdu- skariej, skariej- pokrzykiwali. Umieścili ich na sanie i zawieźli na stacje kolejową do Kowla. Tam czekały na nich wagony kolejowe, które mieli zapełnić Polacy- ziemianie, policjanci, nauczyciele, księża- słowem głównie  polska inteligencja. Stłoczeni w wagonach przez trzy tygodnie podróżowali w warunkach trudnych do opisania. Wielu tej podróży nie przeżyło (głównie ludzie starsi i dzieci). Krasnoarmiejcy na postojach przeszukiwali wagony i wyrzucali  zmarłych na śnieg. W siarczystym mrozie  wysadzili „podróżnych” na stacji Butajewo w północnym Kazachstanie. Tam już czekały sanie, które rozwoziły ich po różnych posiołkach.  Miejscowa ludność litowała się nad biednymi wygnańcami i zabierała ich do swoich mieszkań , mimo ,że sama nie miała warunków. Zimą mieszkali u Rosjan , na wiosnę postawiono baraki z drzewa i ulokowali wszystkich Polaków razem. Nie było mebli, spano na ziemi. Starsi musieli przymusowo pracować za 30 dag chleba. Aniela zapamiętała epizody z wygnańczego życia, kiedy to matka przynosiła ukryte w kieszeniach ziarno pszenicy, które po ugotowaniu zmieszane z lebiodą stanowiło rarytas. Wynagrodzenie za pracę równało się śmierci głodowej. Czesiu nie przeżył tej biedy, zmarł w wieku sześciu lat. Mama własnoręcznie zrobiła trumnę i pochowała go na obcej ziemi w polu, w mogile usypanej z piasku z krzyżykiem utkwionym w ziemi. Rozpacz ogromna chować własne dziecko. Pani Julia opowiadał mi , że miała myśli samobójcze, lecz odwodziła ją myśl ,że ma jeszcze dla kogo żyć, że ma Anielę. Przed kolejną zimą Polacy zaczęli budować ziemianki, żeby nie zmarznąć. Choroby, głód, wszy były utrapieniem. Były szczęśliwe, kiedy dowiedziały się ,że ojciec – jeniec  pracuje w kopalni rudy gdzieś pod Katyniem. Żyły nadzieją,że może bieg historii zmieni ich życie. Wierzyły. Wiara czyni cuda. Jeszcze bardziej pogorszyła się ich egzystencja, kiedy przeniesiono ich do innego sowchozu , gdzie nie rosła pszenica tylko drzewa i grzyby i czekała ciężka praca z drwalami przy wyrębie drzewa.Jeńcy polscy w obozach pracy przymusowej niezależnie od kwalifikacji pracowali na stanowiskach roboczych. Warunki były mordercze. Los się uśmiechnął , kiedy 12 sierpnia 1941 roku zawarto układ Sikorski – Majski o amnestii dla obywateli Polski. !4 sierpnia podpisano umowę wojskową . która dała podstawy do rozpoczęcia formowania Armii Polskiej w ZSRR. Gdy Anders zaczął tworzyć wojsko polskie  ruszyli do niego ojcowie, synowie z łagrów, posiołków rozrzuconych na ogromnym obszarze Rosji .Dzięki temu uniknęli katorgi.Tata Anieli trafił do Armii Andersa w stopniu podoficera. Generał Anders uzyskał zgodę Stalina na ewakuację sformułowanych oddziałów do Iranu przez Morze Kaspijskie do Pahlavi okupowanej przez wojska sowieckie i brytyjskie. Później Irak, Palestyna, Włochy gdzie okazali się wielką walecznością w czasie bitwy o Monte Casino. Losy Anieli i jej mamy były niepewne. Myślały tylko, żeby spotkać się z ojcem. Los rzucił rodziny polskie do Iranu. Dotarli do portu Pahlavi.  Przez tydzień mieszkali w namiotach na plaży. Następnie popłynęli statkiem do Mombasy.Potem barkami przez Biały Nil, Jezioro Wiktorii, sawannę w  Ugandzie dotarli do Masindi, do polskiego osiedla dla uchodźców.Mieszkali w domach z bambusa , nie było w nich szyb, nad Łózkami wisiały moskitiery. Dachy były kryte trawą słoniową. Małpy towarzyszyły im , biegały wśród domów, robiły wiele zamieszania, były jak przydomowe psy. Żeby mieć spokojne noce, przywiązywane je do drzew. Groźne zwierzęta można było spotkać na każdym kroku. Pytony ukryte wśród drzew, grasujące słonie. W centrum osiedla znajdował się okazały budynek pełniący różne funkcje- świetlicy, magazynu, kancelarii, kuchni.W osiedlu tym mieszkało około 3 tysięcy ludzi. Podzielone ono było na wioski. Ta , w której mieszkała Aniela nazywała się  Niespodzianka, inne to Babiniec ( mieszkańcy w przeważającej części to kobiety) .Wszystko było zorganizowane, życie kwitło. Były szkoły, zakłady ślusarskie , tkackie, itp.Dzieci uczyły się języka polskiego i angielskiego. Aniela miło wspomina koleżanki i nauczycieli. Warunki bytowe były zadawalające. Tęskniły  za ojczyzną , krajem , który ich żywił , za polskimi  krajobrazami, przydrożnymi kapliczkami , polami  falującymi zbożem, śpiewem słowików , skowronków, zapachem kwiatów, nie tych egzotycznych tylko prawdziwie polskich. Wspólnymi siłami przy wielkim zaangażowaniu Polacy na obczyźnie wybudowali kościół p.w. św. Jacka ( istnieje w Afryce do dziś), w którym z ołtarza Matka Boska błogosławiła ich czyny , ich trud, nakazywała wytrwać. Tak w afrykańskiej scenerii Aniela z mamą przeżyły 6 lat. Utrapieniem klimatu afrykańskiego była malaria, której ofiarą padła również moja przyjaciółka.

Wieści o Polsce docierały tu rzadko, pojawiały się w gazetach i radiu. W międzyczasie zakończyła się wojna . Pan Stempin z armią polską znalazł się w Anglii.  W maju 1945 roku rząd brytyjski podpisał decyzję o demobilizacji Polskich Sił Zbrojnych i przeniesieniu żołnierzy polskich do cywila. Mieli wybór: pozostać na obczyźnie lub wracać do kraju . Aniela z mamą dołączyły do ojca. Na obcej ziemi nie czuli się dobrze . Tęsknili za krajem. W 1949 roku podjęli decyzję powrotu  do ojczyzny. Cóż ich tam spotkało? Wszystkich „Andersowców” traktowano jak zdrajców-  inwigilowano , ojciec na kilka lat trafił do więzienia, pracował w kopalni w Bytomiu.  Ta nieufność władz polskich długo dawała się im we znaki.

Po wielu latach Aniela pojechała do Choszczy. To właśnie stąd zaczęła się jej tułacza droga. Widziała swój dom, lecz nie miała odwagi wejść . Ja  nie miałam tego szczęścia . Podczas wizyty w 1967 roku na Ukrainie  zobaczyłam w miejscu mego domu tylko kupkę gruzu.

Analizując historię życia Anieli, można dojść do wniosku, że nie była to bajka, porywająca przygoda, czy sielanka. Był to na pewno dramat małego dziecka , jego bliskich. Ocenę zostawiam czytelnikom mego bloga.  Jedno jest pewne, że przeżycia wojenne wywarły duży wpływ na osobowość i sposób widzenia wielu spraw przez moją przyjaciółkę. Empatia, serdeczność, życzliwość, otwartość na ludzi – to cechy , które ją wyróżniają, i za które ogromnie ją cenię



                                                                         Z Anielą


wtorek, 28 kwietnia 2015

Czy pacjenci są zadowoleni ze Służby Zdrowia?

Analizując działania Służby Zdrowia dwóch epok: sanacji i po II Wojnie Światowej i obecnie w III RP, daje się zauważyć, że nigdy nie była ona taka, by byli zadowoleni z niej pacjenci. Przyczyn było i jest wiele. Jednym z takich problemów jest brak środków finansowych, dobrych specjalistów itp.
W swoich spostrzeżeniach odwołam się do okresu swego wczesnego dzieciństwa – okresu sanacji. Urodziłam się siedmiomiesięcznym wcześniakiem. Rodzice mieli wiele kłopotów z utrzymaniem mnie przy życiu, nie było inkubatorów. Z opowiadań Mamy trzymano mnie w wacie, przy wysokiej temperaturze w pomieszczeniu. Jak mówią kolokwialnie: „szło mi na życie”. Należy wspomnieć, że śmiertelność niemowląt była bardzo duża. Tak samo kobiet rodzących. Rodziły one w domach bez fachowej opieki, a położne zastępowały babcie „wieloródki”. Wielokrotnie porody kończyły się krwotokami i śmiercią, z powodu braku aparatury medycznej, leków, antybiotyków, szczepionek. Śmiertelność była duża, przeżywały tylko silne organizmy – była to naturalna selekcja.
Odwołam się do dwóch autentycznych przykładów w mojej rodzinie. Jak wspomniałam, jako niemowlakowi udało mi się przeżyć. Z każdym rokiem było coraz lepiej. Mimo to, miałam słabą odporność na wszelkie infekcje. Wystarczy, że owiał mnie wiaterek – już pojawiała się infekcja dróg oddechowych, która najczęściej kończyła się zapaleniem płuc.
Było to już drugie zapalenie płuc. Do najbliższego miasta Dubna, gdzie był szpital, było 20 kilometrów. Na szczęście 5 kilometrów od naszego domu przyjmował felczer o nazwisku Basmat. Przywożą mnie Rodzice wozem konnym. Felczer bada mnie i tylko kręci głową. W jego gabinecie na stoliku stoi ołtarzyk z ukrzyżowanym Chrystusem, płoną dwie „wieczne lampki”. Felczer zwraca się w kierunku ołtarza i wypowiada słowa „jeśli ją ten Pan Jezus nie uzdrowi, to ja jestem bezradny, stan dziecka jest bardzo ciężki”. Rodzice zrozpaczeni błagają go, by ratował jedyne dziecko. Terapia jaką zalecił, to były bańki, kompresy z letniej wody i mleka zsiadłego i mikstura do picia przygotowana przez niego. Szczęśliwie wychodzę z choroby. Jestem dzieckiem chowanym pod kloszem, a moje uzdrowienie graniczy z cudem.
Gruźlica zwana suchotami, zbierała ogromne żniwo. Pamiętam jako dziecko rodziny dotknięte gruźlicą- domy te omijano i ostrzegano przed kontaktami z chorymi osobami. Na tę chorobę zapadały też osoby z wyższych sfer, ale miały tę możliwość, że mogły wyjeżdżać do uzdrowisk, zmieniać klimat czy dobrze się odżywiać. Nie zawsze to jednak pomagało, gdy gruźlica była zaawansowana.
Nazwa raka na wsi nie była znana. Ludzie cierpieli i umierali nie wiedząc na co, a morfiny, by ulżyć cierpieniom, nie znano. Na szczęście tego typu choroby występowały rzadko. Kobiety nie badały piersi – być może wielodzietność była lekarstwem. W owym czasie żywność była zdrowa, nie stosowano środków ochrony roślin. Kto opryskiwał drzewa owocowe, warzywa? Owoce rodziły piękne i zdrowe, bez parchu.
Hasło : „chemia leczy, żywi, ubiera, broni”, nie było znane. No cóż, koszty cywilizacji trzeba ponieść.
Z opowiadań mojej Mamy dowiedziałam się o przyczynie śmierci mego wujka Antoniego. Pewnego razu, gdy wracał z pracy, pogryzł go pies. Psów w owych czasach nie szczepiono, nie było to obowiązkowe, a wściekłe czworonogi biegały i zagrażały ludziom.
Rana się zagoiła i wydawało się, że nie będzie żadnych powikłań. Niedzielne popołudnie Antoni spędzał w swoim sadzie, grał na gitarze, koledzy śpiewali, było wesoło. Po czterech dniach poczuł się źle. Miał wysoką temperaturę, majaczył. Matka -wdowa zwróciła się o pomoc do sąsiadów. Jeden z nich zawiózł Antka do szpitala do Dubna. Podczas wizyty wspomniał, że przed dziesięcioma dniami pogryzł go pies, być może wściekły i lekarz umieścił go w izolatce. Podawano mu jedzenie przez uchylone drzwi , a bezpośredni kontakt z Matką też był ograniczony. Błagał, by sprowadzono księdza: „chcę się wyspowiadać, jestem świadomy, nie bójcie się mnie…”. Po tygodniu zmarł mając 23 lata. Trudno było powiedzieć, jaka była przyczyna śmierci. Pozostały tylko domysły, medycyna była bezsilna, by go ratować.
Antek był młodzieńcem operatywnym, działał w organizacji strzeleckiej, a mieszkańcy byli mu wdzięczni za zaangażowanie w rozwój wsi. Był inicjatorem wszelkich poczynań- dzięki niemu powstał wiejski dom kultury i boisko sportowe.
Odwołam się do okresu po II Wojnie Światowej. Epoka totalitaryzmu zniewalała- to było najgorsze, lecz opieka zdrowotna zasługiwała na pozytywną opinię. Służba Zdrowia była bezpłatna, a leczenie dla wszystkich obywateli. Za Gierka do Służby Zdrowia włączono rolników.
W większych szkołach istniały gabinety dentystyczne, a do mniejszych szkół na wsiach przyjeżdżały higienistki i pielęgniarki, by przeprowadzać fluoryzacje zębów. Jeździły ambulanse po wsiach, by przebadać mieszkańców przed zagrożeniem gruźlicą. Było to nawet obowiązkowe, sama z tego korzystałam. Dostanie się do specjalistów, korzystanie z sanatoriów nie trwało miesiącami. Niektórzy powiedzą, że państwo było zadłużone – a obecnie nie jest? Może więcej. Obecnie w III RP diametralnie wszystko uległo zmianie. Dzięki nowoczesnej technologii mamy udoskonaloną aparaturę medyczną, bardziej wykwalifikowaną kadrę lekarzy specjalistów i szeroką gamę leków, antybiotyków. Mimo tego, system opieki zdrowotnej nie cieszy się powszechnym uznaniem.
Dostęp do specjalistów jest coraz trudniejszy i nie wszystkich stać, by uzyskać pomoc natychmiastowo. Dobrze, jeśli się trafi na uczciwego lekarza, który sam nie może pomóc i sugeruje innego lekarza lub otwarcie mówi: „proszę do mnie nie przychodzić, nie jestem w stanie pomóc”. Są też tacy, którzy leczą, wiedząc, że efektów nie będzie. Nie ma co się dziwić – w każde profesji są ludzie i ludziska. Tylko innym zawodom można wybaczyć, bo nie składają przysięgi Hipokratesa.
Czy są jeszcze Judymowie? Być może są, ale się o nich nie pisze i wspomina. Szkoda.
Ostatnie wydarzenia w Służbie Zdrowia, kontestacja lekarzy z Porozumienia Zielonogórskiego, u większości społeczeństwa zasługują na potępienie. Kto na tym cierpi? Pacjent! Co prawda Minister Zdrowia w tym czasie wprowadził „plan B”, ale w praktyce nie był on do zrealizowania. Wprowadzony pakiet onkologiczny nie przynosi skrócenia kolejek do lekarza. Jak wiadomo, wprowadzenie szybkiej diagnostyki zmniejsza śmiertelność. .Jak na razie pacjenci nie są zadowoleni. Poczekajmy, zobaczymy – głosy na ten temat są różne.
Odnośnie kolejek, Porozumienie Zielonogórskie proponowało wprowadzenie opłaty po przekroczeniu progu poradni. Czy te nawet skromne opłaty nie obciążałyby emerytów? Padały też słowa, że emeryci blokują kolejki i idąc do przychodni ,szukają rozrywek. Nie życzę tym osobom, by w ten właśnie sposób spędzały swój wolny czas.
My pacjenci cieszymy się, że obie strony doszły do konsensusu. Muszą obie wyciągnąć wnioski na przyszłość, by do tego więcej nie dochodziło, by dostęp do opieki zdrowotnej był powszechny, jakość leczenia była lepsza, pacjent był najważniejszy. Prawa pacjentów powinny być jasne, przejrzyste i czytelne.
Na Służbę Zdrowia należy przeznaczać większe nakłady finansowe. Ostatnio byłam w szpitalu na oddziale geriatrii. Zauważyłam, że pielęgniarki są przemęczone i jest ich za mało. Oznajmiłam jednej z nich, że jest mi słabo. Odpowiedziała mi, że nic mi nie będzie i odeszła. Wybaczam takie zachowanie, choć nie powinno mieć ono miejsca. Cechy pielęgniarki to cierpliwość, opieka i dużo empatii.
Nie uszło mojej uwadze, że sale wyposażone są w nowe łóżka i szafki z napisem WOŚP. My ludzie starsi jesteśmy wdzięczni, że jednak ktoś o nas pamięta i docenia, że my również przyczyniliśmy się do rozwoju gospodarczo-społecznego naszego kraju. Życzę w imieniu staruszków dużo zdrowia Panu Jerzemu Owsiakowi i wierzę, że Jego działalność będzie umieszczona na kartach współczesnej historii.
Jako osoba 82-letnia zauważyłam, że podejście lekarzy do osób starszych, nie jest dla nich budujące, a wizyta zaczyna się pytaniem o wiek. W finalnej diagnozie na ogół zaleca się, by chorobę pokochać (a jak nie można?) Lepiej może wprowadzić eutanazję na życzenie pacjenta? Tak się mówi, ale życie jest piękne. Nikt nie chce iść do „krainy szczęśliwości”. Żyjemy dla Boga i umieramy dla Boga.
My ludzie starsi, schorowani nie wymagamy za wiele od personelu medycznego: trochę ciepła, wyrozumiałości, cierpliwości. Niech każdy z nich pomyśli, że go starość też nie ominie.
Mimo wszystkiego, jestem pełna optymizmu i wiem, że Rzecznik Praw Pacjenta, wszystkie osoby ze Służby Zdrowia, na czele z Ministrem panem Arłukowiczem ,zatroszczą się bardziej o los pacjentów. Dobre intencje już są. Bądźmy dobrej wiary.

sobota, 28 marca 2015

Życzenia świąteczne

Zdrowia , radości i uśmiechu z okazji Świąt Wielkanocnych drogim Czytelnikom mego bloga życzy  Irena
Moje dotychczasowe milczenie spowodowane jest długotrwałą chorobą; serdecznie pozdrawiam

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.