wtorek, 28 kwietnia 2015

Czy pacjenci są zadowoleni ze Służby Zdrowia?

Analizując działania Służby Zdrowia dwóch epok: sanacji i po II Wojnie Światowej i obecnie w III RP, daje się zauważyć, że nigdy nie była ona taka, by byli zadowoleni z niej pacjenci. Przyczyn było i jest wiele. Jednym z takich problemów jest brak środków finansowych, dobrych specjalistów itp.
W swoich spostrzeżeniach odwołam się do okresu swego wczesnego dzieciństwa – okresu sanacji. Urodziłam się siedmiomiesięcznym wcześniakiem. Rodzice mieli wiele kłopotów z utrzymaniem mnie przy życiu, nie było inkubatorów. Z opowiadań Mamy trzymano mnie w wacie, przy wysokiej temperaturze w pomieszczeniu. Jak mówią kolokwialnie: „szło mi na życie”. Należy wspomnieć, że śmiertelność niemowląt była bardzo duża. Tak samo kobiet rodzących. Rodziły one w domach bez fachowej opieki, a położne zastępowały babcie „wieloródki”. Wielokrotnie porody kończyły się krwotokami i śmiercią, z powodu braku aparatury medycznej, leków, antybiotyków, szczepionek. Śmiertelność była duża, przeżywały tylko silne organizmy – była to naturalna selekcja.
Odwołam się do dwóch autentycznych przykładów w mojej rodzinie. Jak wspomniałam, jako niemowlakowi udało mi się przeżyć. Z każdym rokiem było coraz lepiej. Mimo to, miałam słabą odporność na wszelkie infekcje. Wystarczy, że owiał mnie wiaterek – już pojawiała się infekcja dróg oddechowych, która najczęściej kończyła się zapaleniem płuc.
Było to już drugie zapalenie płuc. Do najbliższego miasta Dubna, gdzie był szpital, było 20 kilometrów. Na szczęście 5 kilometrów od naszego domu przyjmował felczer o nazwisku Basmat. Przywożą mnie Rodzice wozem konnym. Felczer bada mnie i tylko kręci głową. W jego gabinecie na stoliku stoi ołtarzyk z ukrzyżowanym Chrystusem, płoną dwie „wieczne lampki”. Felczer zwraca się w kierunku ołtarza i wypowiada słowa „jeśli ją ten Pan Jezus nie uzdrowi, to ja jestem bezradny, stan dziecka jest bardzo ciężki”. Rodzice zrozpaczeni błagają go, by ratował jedyne dziecko. Terapia jaką zalecił, to były bańki, kompresy z letniej wody i mleka zsiadłego i mikstura do picia przygotowana przez niego. Szczęśliwie wychodzę z choroby. Jestem dzieckiem chowanym pod kloszem, a moje uzdrowienie graniczy z cudem.
Gruźlica zwana suchotami, zbierała ogromne żniwo. Pamiętam jako dziecko rodziny dotknięte gruźlicą- domy te omijano i ostrzegano przed kontaktami z chorymi osobami. Na tę chorobę zapadały też osoby z wyższych sfer, ale miały tę możliwość, że mogły wyjeżdżać do uzdrowisk, zmieniać klimat czy dobrze się odżywiać. Nie zawsze to jednak pomagało, gdy gruźlica była zaawansowana.
Nazwa raka na wsi nie była znana. Ludzie cierpieli i umierali nie wiedząc na co, a morfiny, by ulżyć cierpieniom, nie znano. Na szczęście tego typu choroby występowały rzadko. Kobiety nie badały piersi – być może wielodzietność była lekarstwem. W owym czasie żywność była zdrowa, nie stosowano środków ochrony roślin. Kto opryskiwał drzewa owocowe, warzywa? Owoce rodziły piękne i zdrowe, bez parchu.
Hasło : „chemia leczy, żywi, ubiera, broni”, nie było znane. No cóż, koszty cywilizacji trzeba ponieść.
Z opowiadań mojej Mamy dowiedziałam się o przyczynie śmierci mego wujka Antoniego. Pewnego razu, gdy wracał z pracy, pogryzł go pies. Psów w owych czasach nie szczepiono, nie było to obowiązkowe, a wściekłe czworonogi biegały i zagrażały ludziom.
Rana się zagoiła i wydawało się, że nie będzie żadnych powikłań. Niedzielne popołudnie Antoni spędzał w swoim sadzie, grał na gitarze, koledzy śpiewali, było wesoło. Po czterech dniach poczuł się źle. Miał wysoką temperaturę, majaczył. Matka -wdowa zwróciła się o pomoc do sąsiadów. Jeden z nich zawiózł Antka do szpitala do Dubna. Podczas wizyty wspomniał, że przed dziesięcioma dniami pogryzł go pies, być może wściekły i lekarz umieścił go w izolatce. Podawano mu jedzenie przez uchylone drzwi , a bezpośredni kontakt z Matką też był ograniczony. Błagał, by sprowadzono księdza: „chcę się wyspowiadać, jestem świadomy, nie bójcie się mnie…”. Po tygodniu zmarł mając 23 lata. Trudno było powiedzieć, jaka była przyczyna śmierci. Pozostały tylko domysły, medycyna była bezsilna, by go ratować.
Antek był młodzieńcem operatywnym, działał w organizacji strzeleckiej, a mieszkańcy byli mu wdzięczni za zaangażowanie w rozwój wsi. Był inicjatorem wszelkich poczynań- dzięki niemu powstał wiejski dom kultury i boisko sportowe.
Odwołam się do okresu po II Wojnie Światowej. Epoka totalitaryzmu zniewalała- to było najgorsze, lecz opieka zdrowotna zasługiwała na pozytywną opinię. Służba Zdrowia była bezpłatna, a leczenie dla wszystkich obywateli. Za Gierka do Służby Zdrowia włączono rolników.
W większych szkołach istniały gabinety dentystyczne, a do mniejszych szkół na wsiach przyjeżdżały higienistki i pielęgniarki, by przeprowadzać fluoryzacje zębów. Jeździły ambulanse po wsiach, by przebadać mieszkańców przed zagrożeniem gruźlicą. Było to nawet obowiązkowe, sama z tego korzystałam. Dostanie się do specjalistów, korzystanie z sanatoriów nie trwało miesiącami. Niektórzy powiedzą, że państwo było zadłużone – a obecnie nie jest? Może więcej. Obecnie w III RP diametralnie wszystko uległo zmianie. Dzięki nowoczesnej technologii mamy udoskonaloną aparaturę medyczną, bardziej wykwalifikowaną kadrę lekarzy specjalistów i szeroką gamę leków, antybiotyków. Mimo tego, system opieki zdrowotnej nie cieszy się powszechnym uznaniem.
Dostęp do specjalistów jest coraz trudniejszy i nie wszystkich stać, by uzyskać pomoc natychmiastowo. Dobrze, jeśli się trafi na uczciwego lekarza, który sam nie może pomóc i sugeruje innego lekarza lub otwarcie mówi: „proszę do mnie nie przychodzić, nie jestem w stanie pomóc”. Są też tacy, którzy leczą, wiedząc, że efektów nie będzie. Nie ma co się dziwić – w każde profesji są ludzie i ludziska. Tylko innym zawodom można wybaczyć, bo nie składają przysięgi Hipokratesa.
Czy są jeszcze Judymowie? Być może są, ale się o nich nie pisze i wspomina. Szkoda.
Ostatnie wydarzenia w Służbie Zdrowia, kontestacja lekarzy z Porozumienia Zielonogórskiego, u większości społeczeństwa zasługują na potępienie. Kto na tym cierpi? Pacjent! Co prawda Minister Zdrowia w tym czasie wprowadził „plan B”, ale w praktyce nie był on do zrealizowania. Wprowadzony pakiet onkologiczny nie przynosi skrócenia kolejek do lekarza. Jak wiadomo, wprowadzenie szybkiej diagnostyki zmniejsza śmiertelność. .Jak na razie pacjenci nie są zadowoleni. Poczekajmy, zobaczymy – głosy na ten temat są różne.
Odnośnie kolejek, Porozumienie Zielonogórskie proponowało wprowadzenie opłaty po przekroczeniu progu poradni. Czy te nawet skromne opłaty nie obciążałyby emerytów? Padały też słowa, że emeryci blokują kolejki i idąc do przychodni ,szukają rozrywek. Nie życzę tym osobom, by w ten właśnie sposób spędzały swój wolny czas.
My pacjenci cieszymy się, że obie strony doszły do konsensusu. Muszą obie wyciągnąć wnioski na przyszłość, by do tego więcej nie dochodziło, by dostęp do opieki zdrowotnej był powszechny, jakość leczenia była lepsza, pacjent był najważniejszy. Prawa pacjentów powinny być jasne, przejrzyste i czytelne.
Na Służbę Zdrowia należy przeznaczać większe nakłady finansowe. Ostatnio byłam w szpitalu na oddziale geriatrii. Zauważyłam, że pielęgniarki są przemęczone i jest ich za mało. Oznajmiłam jednej z nich, że jest mi słabo. Odpowiedziała mi, że nic mi nie będzie i odeszła. Wybaczam takie zachowanie, choć nie powinno mieć ono miejsca. Cechy pielęgniarki to cierpliwość, opieka i dużo empatii.
Nie uszło mojej uwadze, że sale wyposażone są w nowe łóżka i szafki z napisem WOŚP. My ludzie starsi jesteśmy wdzięczni, że jednak ktoś o nas pamięta i docenia, że my również przyczyniliśmy się do rozwoju gospodarczo-społecznego naszego kraju. Życzę w imieniu staruszków dużo zdrowia Panu Jerzemu Owsiakowi i wierzę, że Jego działalność będzie umieszczona na kartach współczesnej historii.
Jako osoba 82-letnia zauważyłam, że podejście lekarzy do osób starszych, nie jest dla nich budujące, a wizyta zaczyna się pytaniem o wiek. W finalnej diagnozie na ogół zaleca się, by chorobę pokochać (a jak nie można?) Lepiej może wprowadzić eutanazję na życzenie pacjenta? Tak się mówi, ale życie jest piękne. Nikt nie chce iść do „krainy szczęśliwości”. Żyjemy dla Boga i umieramy dla Boga.
My ludzie starsi, schorowani nie wymagamy za wiele od personelu medycznego: trochę ciepła, wyrozumiałości, cierpliwości. Niech każdy z nich pomyśli, że go starość też nie ominie.
Mimo wszystkiego, jestem pełna optymizmu i wiem, że Rzecznik Praw Pacjenta, wszystkie osoby ze Służby Zdrowia, na czele z Ministrem panem Arłukowiczem ,zatroszczą się bardziej o los pacjentów. Dobre intencje już są. Bądźmy dobrej wiary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.