poniedziałek, 14 października 2013

COŚ O MOICH CÓRKACH

Tak szczęśliwie się złożyło , że mam dwie córki. Różnica wieku między nimi wynosi 9 lat. Trzeba przyznać ,że w starszej Beacie miałam „troskliwą nianię” tej młodszej. Dopiero po latach wyznała mi, że miała przykre zdarzenie , wożąc wózkiem niemowlaka- siostrzyczkę. Niefortunnie najechała na kamień , wózek przewrócił się, dziecko wypadło. Wielkie przerażenie ! Podniosła siostrę z ziemi i nic nikomu nie mówiąc przywiozła do domu. Na szczęście obyło się bez obrażeń. Któregoś dnia powiedziała : „kupiliście taki wywrotny wózek, aż strach nim dziecko wozić…” Od tej pory zwracałam baczną uwagę na opiekunkę. Stawiałam wózek pod ogromnym, rozłożystym orzechem , dającym cień w upalne dni. Siostra tylko doglądała małej , miała ją w zasięgu ręki. Kiedy tylko dziecko zapłakało , zaraz interweniowała , wkładając do buzi smoczek- a miała ich dość dużą kolekcję, mąż już o to zadbał. Tragedią były sytuacje, gdy nie daj Boże zapodział się gdzieś ten ulubiony – szukali wszyscy i wszędzie.(Po latach Iza odwdzięczała się jej , przynosząc liściki od kolegów , trzymała w tajemnicy wiele sekretów starszej siostry). Beatka uczyła ją wierszyków, piosenek. Była dumna, gdy mała popisywała się tym przed rodzicami. Często z córkami w czasie wakacji wyjeżdżałam do swojej serdecznej przyjaciółki do Jordanowa. Pamiętam powrót do domu pociągiem. Iza miała wtedy gdzieś około 4 lat. W przedziale wykonała prawdziwy koncert wyśpiewując szlagiery tamtych lat, m. in.„ Kto na ławce wyciął serce i podpisał głupiej Elce”. Robiła to tak wdzięcznie, że wzbudziła zainteresowanie pasażerów z innych przedziałów . Dziwili się ,że takie małe dziecko śpiewa tak melodyjnie. Beata była dumna , przypisując sobie część zasług w lekcjach śpiewu. Oboje z mężem pracowaliśmy zawodowo, mieszkaliśmy na wsi, przedszkola , ani żłobka nie było. Trzeba było sobie jakoś radzić . Z pomocą przyszli przy pierwszej córce teściowie i prababcia zwana „Babciutą”, przy młodszej zaś – sąsiedzi, bezdzietne małżeństwo Państwa Białkozów. Izę traktowali jak swoją własną wnuczkę , okazywali jej dużo serdeczności i ciepła. W czasie wakacji przyjeżdżali do nich krewni z różnych stron kraju: Suwałki , Kraków , Lublin, Olecko. Pan Adolf pochodził z dobrej przedwojennej rodziny. Jego rodzice zginęli na Syberii, on ukończył szkołę rolniczą. Częstym gościem w Podlegórzu był jego siostrzeniec Staś z rodziną . Miał córkę w wieku Izy. Dziewczynki świetnie się dogadywały, nie było widać żadnej różnicy – choć jedna pochodziła z Krakowa , a druga z głębokiej prowincji. Pan Adolf jako przyszywany dziadek był z Izy bardzo dumny .
Dziś , kiedy Państwa Białkozów już nie ma, oprócz wdzięcznej pamięci, moja młodsza córka opiekuje się ich grobami. Tak być powinno .
Mimo różnicy wieku, siostry były do siebie bardzo przywiązane. Już w późniejszym okresie, kiedy Beata była na studiach i przyjeżdżała do domu, Iza wychodziła na przystanek, długo czekając na przyjazd autobusu. Latem często przyjeżdżał do nas mój brat Karol ze swoją rodziną. Jego syn był rok młodszy od Izy . Można by sądzić , że to rówieśnicy – nic bardziej mylnego. Moja córka bardzo przejęła się rolą opiekunki niewiele młodszego kuzyna. Chodziła za nim krok w krok i przestrzegała: „Lobuś uważaj, bo upadniesz”. ( nie wymawiała „r”). Lata upływały , dzieci rosły, do głowy przychodziły im różne pomysły. Pamiętam taką sytuację: przychodzę z ogrodu do domu. Cisza. Robert z Izą grają na podwórku w piłkę. Pozornie nic złego się nie dzieje. Nic bardziej mylnego… Kiedy weszłam do stołowego pokoju, z przerażeniem stwierdziłam, że ktoś usiłował czymś ostrym otworzyć drzwi kredensu zwykle zamknięte na klucz. Zrobił to wyjątkowo nieudolnie, niszcząc ! Trwa dochodzenie. Okazuje się ,że Robercik był zainteresowany , jaka tajemnica kryje się za zamkniętymi drzwiami, decyzja została podjęta bardzo szybko: otwieramy! Niestety brak właściwych narzędzi sprawił ,że operacja się nie powiodła, mebel jednak został zniszczony. Skarciłam oboje, zrozumiałam, że ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy. Musieli przecież myśleć , analizować, stosując metodę prób i błędów. To zdarzenie po latach będą mogli wspominać i opowiadać swoim dzieciom.Lata mijały, obie moje córki założyły rodziny. Nie wpłynęło to w żaden sposób na zmianę ich stosunku do siebie i wzajemne relacje .Mogą zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy , kiedym mnie zabraknie, na pewno też tak będzie. W związku z tym nasuwa mi się pewna refleksja , w tych trudnych dla międzyludzkich relacji czasach. Więzi rodzinne stają się dziś anachronizmem, każdy żyje we własnym światku, niechętnie angażując się w problemy bliskich . Nie jest to dobre, ja tego nie pochwalam. Moja maksyma życiowa :”Miłość jest kluczem do bram nieba, pasuje do wszystkich drzwi, a więc kochajmy i bądźmy kochani” – szczególnie w rodzinie.


                                                                           Z córkami


poniedziałek, 7 października 2013

CZY STARE DRZEWA MOŻNA PRZESADZAĆ?

Wszystko ma swój początek i koniec. Wydaje się to absurdalne lecz prawdziwe. Kiedy się jest młodym, cały świat staje otworem, realizuje się marzenia, ma się rozległe plany. Pesymistycznie to zabrzmi, kiedy się jest u schyłku życia. Tu liczy się tylko przetrwanie, cisz, spokój i refleksja nad tym , jak się przeżyło swoje życie: dobrze czy źle? Czego się więcej zrobiło : dobrego czy złego? Nadszedł m moment, że zostałam zmuszona opuścić swój uroczy Podlegórz. Starość, choroby zmusiły mnie do tego.  Jak ciężko się rozstać z miejscem , w którym spędziło się ponad 60 lat- z przyjaciółmi, sąsiadami, z najbliższymi spoczywającymi na miejscowym cmentarzu. Moja posiadłość trafiła w dobre ręce uczciwych, kulturalnych ludzi, którzy wobec mnie okazali wiele empatii, stworzyli milą atmosferę przy załatwianiu wielu uciążliwych i kłopotliwych spraw. Pełni zaangażowania z, z perspektywą na przyszłość przy modernizacji domu. Cieszy mnie to , gdyż ja nie byłam już w stanie unowocześniać  i upiększać. Z ich strony mam zapewnienie, że ilekroć będę w  Podlegórzu, zawsze mogę  liczyć na ich miłe przyjęcie. Dzięki im za to. Ze wzruszeniem będę wspominać Palmową Niedzielę 2013 roku. Wieś się rozeszła , że będę opuszczać Podlegórz. Po  wyjściu z kościoła moi sąsiedzi, byli uczniowie , ich rodzice  ( tego młodszego pokolenia) ciepło się ze mną pożegnali, nie szczędząc mi miłych słów. Zapraszali, kiedy tylko będę w tamtych stronach . Była to dla mnie chwila ogromnego wzruszenia- miło a zarazem ciężko rozstać się z ludźmi, z którymi przeżyło się tyle lat w dobrosąsiedzkich stosunkach, w życzliwości.                                                                                                                             Przeprowadzka, jak mówią, to mały pożar. Wszystkiego się z sobą nie zabierze. Córki są już urządzone, nie było potrzeby przekazywać im swój dobytek.  Przykro mi było rozstawać się z moimi pieskami Łatką i Morusem. Na szczęście nowi właściciele zobowiązali się je „zaadoptować”. Niestety Łatka po kilku dniach zaginęła,( przypuszczam, że opuściła ten padół) myślę, że stało się to z tęsknoty. Przypomina mi się  w tym momencie opowieść mego wuja Kazimierza. Opowiadał o takim zdarzeniu, które miało miejsce w czasie II wojny światowej. Na froncie żołnierz miał ze sobą psa. Podczas nalotów samolotów niemieckich zginął, koledzy pochowali go w przydrożnym rowie i odeszli zwierzę- wierny przyjaciel został przy swoim panu. Co się z nim stało- nie wiadomo, można się jedynie domyślić. Zwierzęta potrafią być wierne i szczere , czego niekoniecznie możemy spodziewać się po ludziach.                                                                                                      Ze smutkiem opuściłam parafię , do której należałam tyle lat. Pożegnanie z Proboszczem ks. Sławomirem Kuklą było dla mnie bolesne, nie wiedziałam , czy spotkam jeszcze tak tolerancyjnego, rozumiejącego potrzeby ludzi, księdza. Dobry gospodarz- zadbał o nasz urokliwy kościół po wezwaniem  Podwyższenia Krzyża. Jego ogromne zaangażowanie i współpraca ze społecznością parafialną sprawiły, że świątynia zyskała jeszcze bardziej na swoim pięknie. Moja droga z Podlegórza prowadzi do Małomic do mojej córki Beaty i zięcia Zdzisława. Dzieci na mój przyjazd urządziły dla mnie pokój , starając się , by wystrojem przypominał mi mój w Podlegórzu, rodzinne pamiątki, zdjęcia , bibeloty, biblioteczkę.  Zięć zastosował wobec mnie terapię słowną:” będzie dobrze”! Rano przed odejściem do pracy i po powrocie, powtarza te słowa. Trudno uwierzyć , ale jak to leczy osłabioną psychikę- dzięki mu za to. Córka szczególnie dba o mój stan fizyczny- muszę ukrywać przed nią złe samopoczucie, bo jak tylko coś zauważy, to zaraz rejestruje mnie do lekarza. Z tego powodu  całe tygodnie mam zajęte ! Opiekę mam wspaniałą, Wnuczka z Londynu często przypomina mi o ćwiczeniach pamięci, podaje mi zalecenia, które sprawią ,ze moje życie nie będzie takie monotonne. To ona zmobilizowała mnie do reaktywacji bloga. Myślę sobie: Wnusiu, przed starością i śmiercią  nikt nie ucieknie, chyba że na krótko jak w wierszu J.I.Kraszewskiego „Dziad i baba”. Bolesna jest dla mnie myśl, że  na cmentarzu obok kościoła leżą moi najbliżsi- mama, mąż, teściowie, kuzyni. Na myśl, że nie będę mogła ich odwiedzać tak często jakbym chciała, dbać o ich groby, było mi przykro. Młodsza córka Izunia, przejęła na siebie ten obowiązek. Moja nieobecność akurat w tym miejscu jest niezauważalna , wszystko zrobione jest z ogromną starannością, a ostatnie zmiany wokół grobu mego męża Jana (płytki ułatwiające utrzymanie czystości i zapobiegające wyrastaniu chwastów)  są zasługą zięcia Sławka.
Po każdych odwiedzinach w tym miejscu czuję ,że moje słabe serce dopada nostalgia i długo się nie mogę pozbierać. Beata ze Zdzisiem w miarę możliwości i czasu organizują dalsze i bliższe wyjazdy do różnych miejsc: Świeradów Zdrój, Licheń, do mojej przyjaciółki Anieli mieszkającej w Gościkowie- Paradyżu- jak to mówią-  podróże sentymentalne.
Mam dobrze, ale… w mojej podświadomości krąży myśl, aby nie być dla nich ciężarem, by jak najdłużej być samodzielną , cieszyć się szczęściem swoich dzieci i wnuczek, przyjaciółmi , których mam wielu wypróbowanych, sprawdzonych. To mnie napawa optymizmem, a ten na pewno każdemu jest potrzebny. Posesja zięcia i córki przypomina mi poniekąd moją w Podlegórzu. Jest ogródek warzywny, kilka drzew owocowych, pięknie utrzymany trawnik, kwiaty. Prze okno swego pokoju widzę zieloną ścianę lasu. Wiosną i latem słychać śpiew ptaków , rechot żab w pobliskich gliniankach , koncerty świerszczy. Mój stan zdrowia, a konkretnie problemy z chodzeniem  nie pozwalają mi na dalsze wyprawy, „krążę” po posesji i cieszę się ,że nie muszę mieszkać w blokach  na którymś piętrze ograniczona do balkonu. Staram się zapuścić korzenie w nową ziemię, jest to trudne, ale przy odpowiednim nastawieniu psychicznym , racjonalnym myśleniu  być może choć trochę się uda – „będzie dobrze, musi być dobrze”! ciekawa jestem c, czy zdążę jeszcze, czasu nie zostało aż tak dużo. Głowa do góry , staruszko Ireno!

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.