sobota, 4 lutego 2012

Sulechów – pierwszy krok na drodze ku przyszłości

Wspomnienia młodzieńczych lat zawsze wywołują  nostalgię, wzruszenie i żal , że to już przeminęło. Pragnę odnieść się do moich młodzieńczych wspomnień, do chwili uzyskania dojrzałości – 18 lat.
Po wojnie wspólnie z mamą i bratem zamieszkaliśmy we wsi Podlegórz koło Sulechowa. Ambicją mojej mamy było kształcić dzieci. Poświęcała całą siebie, byśmy  mieli  wszystko . Za to byłam jej bezgranicznie wdzięczna. W roku  1949 w Sulechowie przy LWP powstaje klasa wstępna. Obowiązują egzaminy z muzyki i języka polskiego. Udaje mi się je zdać. Bozia obdarzyła mnie dobrym głosem i słuchem , więc problemów nie było.
Nowe środowisko , wszystko nowe dla 15-letniej dziewczyny, drobnej , wątłej na tle innych dorodnych koleżanek – było ogromnym przeżyciem. Okres adaptacji nie trwał długo. Zamieszkałam w internacie „Szarotka”
na przedmieściu Sulechowa. Zajęcia odbywały się w odległości 300 m w „Słonecznej”.  Klasa mieściła się  na piętrze, na parterze funkcjonowało Przedszkole Ćwiczeń.
Tęsknota za domem była ogromna. Mama odwiedzała mnie raz w tygodniu, pokonując pieszo 8 km, przynosząc różne domowe smakołyki i parę groszy na bułeczki. Jakże zazdrościły mi tego koleżanki. One pochodziły z odległych miejscowości Leszna , Rawicza, Dolnego Śląska. Nie byłam egoistką , zawsze uczono mnie dzielić się z innymi. I w ten oto sposób po domowej wałówce już na drugi dzień nie było śladu. Pieniądze przeznaczone na bułeczki oszczędzałam z tygodnia na tydzień. Nic nie mówiąc mamie , przeznaczałam je na zakup przyborów szkolnych, zeszytów. Wczuwałam się w jej położenie: samotna , na 8-hektarowym gospodarstwie, za czasów stalinowskich, obarczona licznymi zobowiązaniami wobec państwa. Dzisiaj strach o tym pomyśleć.
Rozpisałam, się o sytuacji materialnej, a moim celem była  nauka, a przede wszystkim dostarczenie mojej mamie  radości swoimi wynikami w szkole.
Rozpoczęły się zajęcia. Dyrektorem była p. Szymkowiak ( imienia niestety nie pamiętam)osoba samotna, pochodząca z Wielkopolski. Czułyśmy wobec niej wielki respekt. Zasługiwała na to.  Klasa liczyła 15 uczennic. Poziom był zróżnicowany, roczniki przerośnięte. Dla mnie osobiście najwięcej trudności sprawiała matematyka, tu dały znać o sobie zaległości wynikające z faktu „przeskakiwania” klas, braku ciągłości, gdyż ogniwa w systemie łańcuchowym zostały przerwane. Pozostałych przedmiotów można się było nauczyć , poświęcając im więcej czasu. Przyznam ,że uczyłam się dużo, zależało mi nadobnych ocenach i dobrej opinii nauczycieli.  Byli oni wspaniali, wymagający , ale życzliwi. Szczególnie wobec tych , którzy wykazywali się pracowitością. Nadszedł koniec roku , wszystkie dostałyśmy promocje do następnej klasy.
Wakacje , powrót do rodzinnych pieleszy, rozrywka – praca przy żniwach, pomoc w gospodarstwie. Gdzie kolonie, obozy?
Nie było sumienia o tym marzyć. W głowie się nie mieściło , by zostawić matkę samą , by jej nie pomóc. Wakacje minęły szybko  Tuż przed rozpoczęciem roku należało pomyśleć o granatowym fartuszku – wówczas obowiązującym. Przy zaradności mojej mamy , nie było z tym problemu.
Nową torbę na zeszyty i książki z cholewek starych, skórzanych butów (oficerek) uszył sąsiad – szewc. Na jej widok złośliwe koleżanki śmiały się- widać ,że ze staroci sklecona. Pomijałam te uwagi milczeniem, cieszyłam się , że mam taką, jaką mam. Nowy rok szkolny – te same twarze. Doszli nowi nauczyciele: rusycystka , pani
Bondarewcz dojeżdżająca ze Zbąszynka. Wpadłam jej w oko, być może dlatego ,ze miałam wschodni akcent . Pamiętam ,że powiedziała mi: „Dziecko, załatwię ci ogólniak w Zbąszynku, będziesz mogła mieć szansę dostać się na medycynę”. Nie wiedziała, że nie mam predyspozycji, by zostać lekarzem – widok krwi przyprawiał mnie o mdłości. Moim marzeniem było zostać nauczycielką. To było moje powołanie. Będąc w lagrach jako dziewięcioletnia dziewczynka, gromadziłam dzieci wokół siebie , ustawiałam w pary, do rąk dawałam gałązki brzozowe,a one   ze śpiewem usłyszanej niemieckiej piosenki żołnierskiej „  Hajli Hajlo” maszerowały wokół obozu. O lekcjach pisania patykiem na piasku nie wspomnę. To tylko fragment wspomnień.
Przy liceum działał chór prowadzony przez panią profesor Wacławę Jaworską. Była to kobieta nieprzeciętnej urody , wszystkie wpatrywałyśmy się w nią jak w obraz. Każda z nas  marzyła o tym , by znaleźć się w chórze. Mnie się udało.
Oprócz repertuaru w owym czasie obowiązującego na akademiach                          ( „Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich) pani Jaworska przygotowywała również nasz rodzimy , polski z Moniuszką , Konopnicką, Noskowskim,Chopinem. Na konkursach zawsze zdobywaliśmy zaszczytne miejsca. Najgorszym utrapieniem były dla nas   caprztyki. Należało kilka razy w tygodniu czwórkami maszerować wokół ratusza , skandując  słowa: „ Stalin, Bierut, Pokój”. Mieliśmy tego dosyć. Na szkolnych korytarzach były rozwieszane afisze obrazujące osiągnięcia ZSRR. Zdarzyło się pewnego razu, że ktoś je pozrywał i porwał na kawałki. Wielki szum, dochodzenie, afera! – nie wykryto sprawcy!   
Wśród nauczycieli byli też tacy, którzy chcieli mieć wśród uczniów swoich zauszników, „zaufanych”. Na mnie parol zagięła pani od przedmiotu  „wiedza o Polsce współczesnej”. Któregoś razu zawołała mnie do siebie i zasugerowała , bym próbowała zorientować się , kto stoi za zniszczeniem plakatów. Poczułam się okropnie! Obrzuciłam ją w myśli najgorszymi inwektywami , życzyłam jej najgorszego no i przede wszystkim nabrałam dystansu do osoby, którą do tej pory darzyłam szacunkiem -miałam zostać donosicielką? – nigdy! Na drugi dzień  nic nikomu wcześniej nie mówiąc , zgłosiłam się do niej i powiedziałam: „ W naszej klasie nie ma nikogo, kto by to zrobił. Wszyscy popieramy panujący ustrój! Do takiej prowokacji nikt nie byłby zdolny. Dziękuję ci, możesz odejść- odpowiedziała.” Odetchnęłam z ulgą. Nauczycielka nie dała za wygraną . Od tej pory dość często widziałam w okolicach  jej gabinetu koleżankę z klasy. Nie mnie sądzić i oceniać . Nie wiem , czy jej uległa. Ja w każdym razie byłam przy niej bardzo ostrożna w swoich wypowiedziach…                                                  Słuchaliśmy radia „Wolna Europa”, jedna z koleżanek stała na warcie, a reszta z uchem przystawionym do odbiornika chłonęła wiadomości naświetlające sytuację w kraju i na świecie. Nikt na nas nie doniósł. Tak upływały lata. Trzeba było być posłusznym , głośno nie wyrażać swoich myśli. Naród zniewolony- Za Stalinem idzie cały świat! Na każdej akademii brzmiały te słowa w pieśni, w poezji, przemówieniach. Był też pan prof. Mijas. Uczył w starszych klasach języka rosyjskiego. To chodząca encyklopedia, wspominam go z łezką w oku. Chodził o kulach (były AKowiec). Pamiętam, że lekcje języka rosyjskiego rozpoczynały się od piosenki w wykonaniu moim i mojej przyjaciółki Broni Jaszewskiej   ( fonetycznie: Bielejet parus odinokij w tumanie morja gołubom).
Lekcje historii przekłamywały fakty, o niektórych wydarzeniach  nie mówiły               wcale. W takich czasach trzeba było żyć, uczyć się i pracować.
W latach 50-tych wzmożono walkę z kościołem. Kto praktykował, a praktykowałyśmy wszystkie, miał problemy z uczestnictwem we mszy. W tym bowiem czasie organizowano dodatkowe zajęcia. Nie wszyscy się do tego stosowali. Większość nauczycieli  przymykała oko na  nieobecności i nie robiła problemów z usprawiedliwieniem.
Inna sprawa ,że i oni korzystali z praktyk religijnych , ale „ na wyjeździe”. Głupia to była polityka, czyż nie można było inaczej?
  Po ukończeniu liceum każdy absolwent otrzymał nakaz pracy. Musiał ją podjąć tam, gdzie go skierowano. Ja miałam szczęście pierwszą pracę podjąć 50 km od domu , ale znam przypadki, że „rzucano” delikwenta na drugi koniec Polski. Dla młodych ludzi była to trauma – daleko od domu, nowi, obcy ludzie, nie zawsze życzliwi.
W swoim zawodzie musiałam nieustannie się dokształcać, rozwijać – nie stałam w miejscu. Przeszłam  wszystkie etapy reformy oświatowej,  wszystkie szczeble edukacji, że wspomnę o SN ( Gorzów -biologia z chemią;  WSN (Zielona Góra- nauczanie początkowe; Nowa Sól – kurs językowy – rosyjski; NURT). Nie żałuję, że wykonywałam ten zawód. Miłość do dzieci sprawiła ,że praca była dla mnie przyjemnością, tym większą, kiedy po latach słyszałam i jeszcze do teraz słyszę  miłe słowa od- dziś już „bardzo” dorosłych- moich uczniów i kocham ich za to, że mnie dobrze pamiętają.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.