piątek, 17 lutego 2012

PO LATACH W RODZINNYCH STRONACH

Zawierucha  wojenna rozproszyła ludzi po całym świecie, była przyczyną wielu tragedii, rozłączyła rodziny, zerwała więzy przyjacielskie, zrujnowała cały dorobek życia. W związku z ustaleniem granic przez trzy  mocarstwa (Rossevelt, Churchill, Stalin)  nie był możliwy powrót do rodzinnych stron, na Wołyń. Kiedy opuszczałam swoją ojcowiznę, miałam 9 lat , a mój brat roczek. Po wojnie osiedliliśmy się na tzw.  Ziemiach Odzyskanych.  
Płynął czas . Skończyłam szkołę, podjęłam pierwszą pracę , wyszłam za mąż. Mój mąż po wyjściu z wojska ( służył w marynarce wojennej w Ustce)podjął pracę na stanowisku głównego mechanika w sulechowskim Prodwodrolu. Urodziłam córkę – Beatkę. Brat Karol po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia w Wyższej Szkole Rolniczej w Szczecinie.  Nie pamiętał historii, które  mu opowiadałam.Tęsknota za babcią i  rodziną ze strony ojca była ogromna. Marzeniem moim było odwiedzić ich, zobaczyć miejsca bliskie mojemu sercu. Po dwudziestu latach , w trakcie których wydarzyło się wiele w moim życiu – zamążpójście, wkrótce potem tragiczna śmierć matki, borykanie się z realiami życia  na wsi w owym czasie, pojawiła się możliwość spotkania rodziny zza Buga. Nie było łatwo, mnóstwo starań, zaproszenia, formalności . Bardzo mi zależało na tym wyjeździe. Miałam świadomość ,że to być może ostatnia okazja spotkania z babcią 90-letnią staruszką. Należało więc się spieszyć. Bardzo ryzykowałam. To była daleka podróż, a ja  byłam w siódmym miesiącu ciąży. Mimo to podjęłam  ryzyko. Był grudzień 1966 roku. Surowa,śnieżna,  mroźna zima, ferie zimowe. Spakowaliśmy bagaże, trochę prezentów, starając się nie przekraczać ustalonej wagi. Dom pozostał pod opieką męża Janka, a ja wspólnie z bratem i córką wyruszyliśmy w podróż, która trwała bardzo długo. Wspomnę o niej w kilku zdaniach . Była koszmarna!! Od Leszna aż do Krakowa stałam w toalecie.Brat czule opiekował się mną i siostrzenicą. Od Krakowa do Przemyśla mieliśmy już miejsca siedzące. W Przemyślu była przesiadka na pociąg do Medyki, na który czekaliśmy ok.3 godziny. Na granicy przeszliśmy szczegółową kontrol. W końcu znaleźliśmy się we Lwowie. I znów wielogodzinne oczekiwanie na połączenie do Dubna.  Dworzec  nie zrobił  na nas najlepszego wrażenia i nie chodzi tu o architekturę , bo tej nie można nic zarzucić.
Do dziś pamiętam przygnębiający obrazek: starzy mężczyźni i kobiety , nędznie ubrani  w jakieś łachmany siedzący na ławkach, trzymający w rękach worki  z jabłkami i  orzechami , a wszystko  na sprzedaż przed świętami. Inny świat. U nas tego nie było!
Wsiadamy do pociągu do Dubna. Prowadzimy ciche i  lakoniczne rozmowy ze względu na późną porę. Współpasażerowie usiłują do nas zagadywać. Nasz ubiór zdradzał „zagraniczniaków”. Baliśmy się za bardzo wchodzić w dyskusję, żeby nas nie zdradził akcent i słaba znajomość języka ukraińskiego. Udawaliśmy, że śpimy. Po co to wszystko? To jeszcze lęk , pozostałość po wojennych przeżyciach  (bandy UPA).
Ze Lwowa wysłaliśmy telegram  do bliskich, że będziemy w Dubnie o godz. trzeciej rano. Po wyjściu z pociągu udaliśmy się na dworzec. Noc. Cisza wokół. Pusto. Strasznie. Ledwo zdążyliśmy się usadowić na ławkach. Patrzę, a tu od strony wejścia pojawia się kobieta z mężczyzną. Od razu ich rozpoznałam . To Hela moja kuzynka, towarzyszka dziecięcych zabaw i jej brat Wowa. Rzuciliśmy się sobie w ramiona.Polały się łzy szczęścia. Jakże się zmieniliśmy, a jednak rozpoznaliśmy ! Przyjechaliśmy do domu cioci Julii, siostry mojego ojca. Wchodzimy, a tam stół zastawiony potrawami wigilijnymi i zgromadzona  cała rodzina.
Boże, trudno mi opisać  ten moment. Ileż radości, ileż wspomnień, wylanych łez. Ja pamiętałam wszystkich, ale mój brat dopiero ich poznawał. Babcia Jadwiga, matka mojego ojca zaintonowała kolędę „Bóg się rodzi”. Podzieliliśmy się opłatkiem przywiezionym przez nas z Polski. O praktykach religijnych w tamtym czasie i miejscu nie mogło być mowy. Dubieńskie kościoły pełniły zupełnie inną rolę , niezgodną z ich przeznaczeniem-  Dom Kultury, magazyn rzeczy roboczych , obuwia itp. Najbliższy kościół katolicki znajdował się we Lwowie. Ciotki woziły tam moją babcię przy okazji ważnych świąt.  Nie ma końca wspomnieniom . Jesteśmy po podróży bardzo zmęczeni. Ciocia przygotowała nam wygodne posłanie – mnóstwo poduszek, ściana przylegająca do kuchennego pieca dawała przyjemne ciepło. Mimo zmęczenia każdy stukot na zewnątrz wywoływał mój lęk, przywoływał upiorne wspomnienia.. Kiedy na drugi  dzień powiedziałam o tym cioci, uspokoiła mnie , że to już przeszłość i nie ma czego się bać . Nie zgodzę się z tym. Na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia ( wg naszego kalendarza) odwiedziliśmy ciocię Manię ( drugą siostrę ojca ) zamieszkałą w niezbyt odległej  miejscowości W drodze powrotnej , w autobusie zamieniłam z bratem kilka słów po polsku. Przystojni, inteligentni, młodzi,Ukraińcy siedzący  z tyłu  , słysząc naszą rozmowę, skwitowali ją stwierdzeniem:”Praklatyje lachy, po szczo ony pryjichały, szo ony u nas szukajut”. Po wyjściu z autobusu powiedziałam o tym jadącemu z nami wujowi , który bardzo się oburzył i powiedział:” dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? Wezwałbym milicję ….” Po chwili jednak stwierdził, że to i tak by nic nie dało , bo tam siedzą tacy sami”.Moim pragnieniem było zobaczyć rodzinną wieś Lubomirkę, Komaszówkę . Pojechaliśmy sańmi. Nie takiego widoku się spodziewałam . Las. Kupa gruzu, jedynie łąka utrzymana w kulturze. Podobno użytkował ją miejscowy leśniczy. Cóż mi zostało, szukać ścieżek z dzieciństwa? Niestety ślady zatarte, wszędzie las, las, las… Niejedna łza spłynęła z oczu, a Karol niestety nie mógł zobaczyć tego, o czym mu opowiadałam-  domu wzniesionego rękami rodziców, swojej ojcowizny.
Tyle ciepła i serdeczności doświadczyliśmy w gronie rodziny. Ja całymi dniami wtulona byłam w ramiona babci, która mimo sędziwego wieku miała wspaniałą pamięć., a patrząc na Karola, bardzo się wzruszała, widząc w nim zaginionego syna Jana ( brat jest łudząco podobny do ojca). Karolowi kuzynowie starali się urozmaicać czas, jak tylko mogli . Któregoś razu wybrali się na dancing. Brat wpadł w oko ładnej Ukraineczce (Ukrainki  słyną z urody ) i bawił się z nią do białego rana. W Polsce w tym czasie popularny był twist. Kiedy  brat zaczął wywijać , podszedł do niego kelner i powiedział, że nie wolno tak tańczyć , pewnie dlatego, że taniec zza żelaznej kurtyny??
Sporo krewnych mieszkało w Dubnie, ale nasz przyjazd stał się okazją do spotkań również z tymi, którzy zamieszkiwali odlegle rejony Związku Radzieckiego. Rodzinnym spotkaniom nie było końca. Kilka dni poświęciliśmy na zwiedzanie okolic w tym miasta Równe. Tam kuzynka Helena kupiła nam prezenty- w tym czasie popularne były zegarki , radia tranzystorowe, aparaty fotograficzne.Niestety na przejściu granicznym „skonfiskowano” jedno radio ( bratu się udało przewieźć). Najbardziej smakowała nam rosyjska chałwa, jej smak pamiętam do teraz. Ani się obejrzeliśmy , a dziesięć dni minęło jak z bata strzelił. Pora było wracać. Pożegnanie było smutne,  przede wszystkim z babcią. Wiedziałam,że to ostatnie spotkanie.Padały deklaracje ponownych wizyt i rewizyt, ale życie pokazało coś zupełnie innego.   Moje dwie kuzynki odwiedziły mnie w Polsce w 1979 roku. Od tego czasu utrzymujemy kontakt listowny, telefoniczny. Wiek nie pozwala już na takie długie podróże.
Powrotna  podróż nie była już taka uciążliwa. Tłoku w pociągach nie było. Kiedy zatrzymaliśmy się po drugiej stronie granicy , poczuliśmy jakąś dziwną ulgę, usłyszeliśmy polską mowę , choć niby wracaliśmy od siebie. W domu czekał mąż i dalsza rodzina. Wszyscy byli ciekawi naszych wrażeń, szczególnie ci, którzy znali te miejsca swojego dzieciństwa i młodości. Było wzruszenie, były łzy. Czas jest jednak dobrym lekarstwem na wszystko. Życie potoczyło się dalej , a w marcu 1967 roku pojawiła się w naszym domu mała istotka , długo oczekiwana przez starszą siostrę – Izabela. Świat stanął na głowie, już nic nie było takie jak przedtem….


                                              W rodzinnym gronie w Dubnie rok 1966



sobota, 4 lutego 2012

Sulechów – pierwszy krok na drodze ku przyszłości

Wspomnienia młodzieńczych lat zawsze wywołują  nostalgię, wzruszenie i żal , że to już przeminęło. Pragnę odnieść się do moich młodzieńczych wspomnień, do chwili uzyskania dojrzałości – 18 lat.
Po wojnie wspólnie z mamą i bratem zamieszkaliśmy we wsi Podlegórz koło Sulechowa. Ambicją mojej mamy było kształcić dzieci. Poświęcała całą siebie, byśmy  mieli  wszystko . Za to byłam jej bezgranicznie wdzięczna. W roku  1949 w Sulechowie przy LWP powstaje klasa wstępna. Obowiązują egzaminy z muzyki i języka polskiego. Udaje mi się je zdać. Bozia obdarzyła mnie dobrym głosem i słuchem , więc problemów nie było.
Nowe środowisko , wszystko nowe dla 15-letniej dziewczyny, drobnej , wątłej na tle innych dorodnych koleżanek – było ogromnym przeżyciem. Okres adaptacji nie trwał długo. Zamieszkałam w internacie „Szarotka”
na przedmieściu Sulechowa. Zajęcia odbywały się w odległości 300 m w „Słonecznej”.  Klasa mieściła się  na piętrze, na parterze funkcjonowało Przedszkole Ćwiczeń.
Tęsknota za domem była ogromna. Mama odwiedzała mnie raz w tygodniu, pokonując pieszo 8 km, przynosząc różne domowe smakołyki i parę groszy na bułeczki. Jakże zazdrościły mi tego koleżanki. One pochodziły z odległych miejscowości Leszna , Rawicza, Dolnego Śląska. Nie byłam egoistką , zawsze uczono mnie dzielić się z innymi. I w ten oto sposób po domowej wałówce już na drugi dzień nie było śladu. Pieniądze przeznaczone na bułeczki oszczędzałam z tygodnia na tydzień. Nic nie mówiąc mamie , przeznaczałam je na zakup przyborów szkolnych, zeszytów. Wczuwałam się w jej położenie: samotna , na 8-hektarowym gospodarstwie, za czasów stalinowskich, obarczona licznymi zobowiązaniami wobec państwa. Dzisiaj strach o tym pomyśleć.
Rozpisałam, się o sytuacji materialnej, a moim celem była  nauka, a przede wszystkim dostarczenie mojej mamie  radości swoimi wynikami w szkole.
Rozpoczęły się zajęcia. Dyrektorem była p. Szymkowiak ( imienia niestety nie pamiętam)osoba samotna, pochodząca z Wielkopolski. Czułyśmy wobec niej wielki respekt. Zasługiwała na to.  Klasa liczyła 15 uczennic. Poziom był zróżnicowany, roczniki przerośnięte. Dla mnie osobiście najwięcej trudności sprawiała matematyka, tu dały znać o sobie zaległości wynikające z faktu „przeskakiwania” klas, braku ciągłości, gdyż ogniwa w systemie łańcuchowym zostały przerwane. Pozostałych przedmiotów można się było nauczyć , poświęcając im więcej czasu. Przyznam ,że uczyłam się dużo, zależało mi nadobnych ocenach i dobrej opinii nauczycieli.  Byli oni wspaniali, wymagający , ale życzliwi. Szczególnie wobec tych , którzy wykazywali się pracowitością. Nadszedł koniec roku , wszystkie dostałyśmy promocje do następnej klasy.
Wakacje , powrót do rodzinnych pieleszy, rozrywka – praca przy żniwach, pomoc w gospodarstwie. Gdzie kolonie, obozy?
Nie było sumienia o tym marzyć. W głowie się nie mieściło , by zostawić matkę samą , by jej nie pomóc. Wakacje minęły szybko  Tuż przed rozpoczęciem roku należało pomyśleć o granatowym fartuszku – wówczas obowiązującym. Przy zaradności mojej mamy , nie było z tym problemu.
Nową torbę na zeszyty i książki z cholewek starych, skórzanych butów (oficerek) uszył sąsiad – szewc. Na jej widok złośliwe koleżanki śmiały się- widać ,że ze staroci sklecona. Pomijałam te uwagi milczeniem, cieszyłam się , że mam taką, jaką mam. Nowy rok szkolny – te same twarze. Doszli nowi nauczyciele: rusycystka , pani
Bondarewcz dojeżdżająca ze Zbąszynka. Wpadłam jej w oko, być może dlatego ,ze miałam wschodni akcent . Pamiętam ,że powiedziała mi: „Dziecko, załatwię ci ogólniak w Zbąszynku, będziesz mogła mieć szansę dostać się na medycynę”. Nie wiedziała, że nie mam predyspozycji, by zostać lekarzem – widok krwi przyprawiał mnie o mdłości. Moim marzeniem było zostać nauczycielką. To było moje powołanie. Będąc w lagrach jako dziewięcioletnia dziewczynka, gromadziłam dzieci wokół siebie , ustawiałam w pary, do rąk dawałam gałązki brzozowe,a one   ze śpiewem usłyszanej niemieckiej piosenki żołnierskiej „  Hajli Hajlo” maszerowały wokół obozu. O lekcjach pisania patykiem na piasku nie wspomnę. To tylko fragment wspomnień.
Przy liceum działał chór prowadzony przez panią profesor Wacławę Jaworską. Była to kobieta nieprzeciętnej urody , wszystkie wpatrywałyśmy się w nią jak w obraz. Każda z nas  marzyła o tym , by znaleźć się w chórze. Mnie się udało.
Oprócz repertuaru w owym czasie obowiązującego na akademiach                          ( „Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich) pani Jaworska przygotowywała również nasz rodzimy , polski z Moniuszką , Konopnicką, Noskowskim,Chopinem. Na konkursach zawsze zdobywaliśmy zaszczytne miejsca. Najgorszym utrapieniem były dla nas   caprztyki. Należało kilka razy w tygodniu czwórkami maszerować wokół ratusza , skandując  słowa: „ Stalin, Bierut, Pokój”. Mieliśmy tego dosyć. Na szkolnych korytarzach były rozwieszane afisze obrazujące osiągnięcia ZSRR. Zdarzyło się pewnego razu, że ktoś je pozrywał i porwał na kawałki. Wielki szum, dochodzenie, afera! – nie wykryto sprawcy!   
Wśród nauczycieli byli też tacy, którzy chcieli mieć wśród uczniów swoich zauszników, „zaufanych”. Na mnie parol zagięła pani od przedmiotu  „wiedza o Polsce współczesnej”. Któregoś razu zawołała mnie do siebie i zasugerowała , bym próbowała zorientować się , kto stoi za zniszczeniem plakatów. Poczułam się okropnie! Obrzuciłam ją w myśli najgorszymi inwektywami , życzyłam jej najgorszego no i przede wszystkim nabrałam dystansu do osoby, którą do tej pory darzyłam szacunkiem -miałam zostać donosicielką? – nigdy! Na drugi dzień  nic nikomu wcześniej nie mówiąc , zgłosiłam się do niej i powiedziałam: „ W naszej klasie nie ma nikogo, kto by to zrobił. Wszyscy popieramy panujący ustrój! Do takiej prowokacji nikt nie byłby zdolny. Dziękuję ci, możesz odejść- odpowiedziała.” Odetchnęłam z ulgą. Nauczycielka nie dała za wygraną . Od tej pory dość często widziałam w okolicach  jej gabinetu koleżankę z klasy. Nie mnie sądzić i oceniać . Nie wiem , czy jej uległa. Ja w każdym razie byłam przy niej bardzo ostrożna w swoich wypowiedziach…                                                  Słuchaliśmy radia „Wolna Europa”, jedna z koleżanek stała na warcie, a reszta z uchem przystawionym do odbiornika chłonęła wiadomości naświetlające sytuację w kraju i na świecie. Nikt na nas nie doniósł. Tak upływały lata. Trzeba było być posłusznym , głośno nie wyrażać swoich myśli. Naród zniewolony- Za Stalinem idzie cały świat! Na każdej akademii brzmiały te słowa w pieśni, w poezji, przemówieniach. Był też pan prof. Mijas. Uczył w starszych klasach języka rosyjskiego. To chodząca encyklopedia, wspominam go z łezką w oku. Chodził o kulach (były AKowiec). Pamiętam, że lekcje języka rosyjskiego rozpoczynały się od piosenki w wykonaniu moim i mojej przyjaciółki Broni Jaszewskiej   ( fonetycznie: Bielejet parus odinokij w tumanie morja gołubom).
Lekcje historii przekłamywały fakty, o niektórych wydarzeniach  nie mówiły               wcale. W takich czasach trzeba było żyć, uczyć się i pracować.
W latach 50-tych wzmożono walkę z kościołem. Kto praktykował, a praktykowałyśmy wszystkie, miał problemy z uczestnictwem we mszy. W tym bowiem czasie organizowano dodatkowe zajęcia. Nie wszyscy się do tego stosowali. Większość nauczycieli  przymykała oko na  nieobecności i nie robiła problemów z usprawiedliwieniem.
Inna sprawa ,że i oni korzystali z praktyk religijnych , ale „ na wyjeździe”. Głupia to była polityka, czyż nie można było inaczej?
  Po ukończeniu liceum każdy absolwent otrzymał nakaz pracy. Musiał ją podjąć tam, gdzie go skierowano. Ja miałam szczęście pierwszą pracę podjąć 50 km od domu , ale znam przypadki, że „rzucano” delikwenta na drugi koniec Polski. Dla młodych ludzi była to trauma – daleko od domu, nowi, obcy ludzie, nie zawsze życzliwi.
W swoim zawodzie musiałam nieustannie się dokształcać, rozwijać – nie stałam w miejscu. Przeszłam  wszystkie etapy reformy oświatowej,  wszystkie szczeble edukacji, że wspomnę o SN ( Gorzów -biologia z chemią;  WSN (Zielona Góra- nauczanie początkowe; Nowa Sól – kurs językowy – rosyjski; NURT). Nie żałuję, że wykonywałam ten zawód. Miłość do dzieci sprawiła ,że praca była dla mnie przyjemnością, tym większą, kiedy po latach słyszałam i jeszcze do teraz słyszę  miłe słowa od- dziś już „bardzo” dorosłych- moich uczniów i kocham ich za to, że mnie dobrze pamiętają.


Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.