Jest rok 1940. Najbliższy kościół w miejscowości Kiryłówka podlega parafii dubieńskiej. Msze odbywają się w niedziele. Proboszcz ogłasza z ambony, by rodzice, którzy mają dzieci w wieku 6-9 lat, przygotowali je do pierwszej komunii we własnym zakresie. Podał do wiadomości, że należy opanować minimum wiedzy z katechizmu. Egzamin odbędzie się w zakrystii kościoła filialnego w Kiryłówce.
Egzamin zdałam, a moja Mama została wyróżniona przez księdza z ambony za solidne przygotowanie mnie do tego sakramentu.
Należało czynić przygotowania do uroczystości. Od czego zacząć? Oczywiście od sukienki, bucików…Wtedy to już był poważny problem. Po dłuższym zastanowieniu i racjonalnym myśleniu dało się go rozwiązać. Z Mamusi panieńskiej żorżetowej sukienki koloru herbacianej róży Jej kuzynka uszyła piękną sukieneczkę, a z „wału” (tj. grubych ufarbowanych nici konopnych na szydełku) ta sama kuzynka zrobiła bambosze z pomponami. Cóż za radość -problem rozwiązany!
Czekałam tylko na dzień, kiedy do serduszka przyjmę Pana Jezusa. Nie myślałam o prezentach ani o uroczystym przyjęciu. Chcę nadmienić, że w tym samym dniu odbyło się bierzmowanie mimo, ze wydaje się to aktualnie nierealne. Tak było. Przyczyną tego była wojna.
Pamiętam, że przystępując do sakramentu komunii, należało być na czczo. Trochę osłabłam, bo uroczystość odbyła się o godzinie czternastej (byłam dzieckiem wątłym). Skupienie i powaga towarzyszyły mnie do końca uroczystości. Po powrocie do domu nic się nie działo. Skromny obiad i niezatarte wspomnienia, które pozostają do dziś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz