sobota, 31 grudnia 2011

Nowy rok bieży

 Kilka wspomnień z przygotowań do Nowego Roku na Wołyniu.
Z Wołynia jako dziecko zapamiętałam kilka epizodów, które przekazuję swoim dzieciom i wnukom.  Zimy były surowe. Od samego rana gospodarze krzątali się po obejściach, doglądając bydła i trzody. Gospodynie przygotowywały posiłki na „bogaty wieczór” (Sylwester). Należało go uczcić suto zastawionym stołem. Potrawy regionalne to bigos z golonką, galareta wieprzowa i wędliny własnej roboty, łącznie z pasztetową , kaszanką i salcesonem. Były to na tamten czas  rarytasy. Ograniczano się do własnego przetwórstwa. Z ciast przeważały makowce i strucle z jabłkami.
Było to jedno z niewielu świąt, obok Bożego Narodzenia i Wielkanocy, gdzie można było najeść się do syta mięsnych potraw. W sylwestrowy wieczór cała rodzina zbierała się u babci. Śpiewano kolędy, w jednej z izb tańczono przeważnie „Mazur-Polkę”, walczyka. Starsi pozwalali sobie na nieco więcej – (kieliszeczek gorzały bądź dwa) .Również i dzieci miały trochę swawoli. Chodziły później spać. Zajadały się orzechami, jabłuszkami, których smak do dzisiaj pamiętam.
Młodzież i podlotki nie próżnowały. Psociły! Zdejmowały gospodarzom bramy, furtki i chowali je. Nie jeden zdzwiił się, kiedy rano zobaczył na dachu stodoły swój drewniany wóz. Jeśli ktoś nie chciał potem szukać swoich furtek i bram w obejściach sąsiadów, zabezpieczał się  sam ją ściągając i chowając przed psotnikami. Taki był zwyczaj, który jak wiem  w niektórych regionach naszego kraju „przyjął się” i przetrwa ł.
Dzieci składały życzenia na Nowy Rok bliższym i dalszym sąsiadom, sypiąc ziarno po mieszkaniu: ”Sypię, sypię, posypuję, zdrowia życzę i winszuję na ten Nowy Rok!”. Kto ładnie śpiewał, to swój talent wykorzystywał. Gospodarze chętnie przyjmowali kolędników, wierząc, że te wizyty są dobrą wróżbą na Nowy Rok. Nie szczędzono datków ani smakołyków.  Ale tak to już jest, że wszystko co dobre szybko się kończy. Nawet tak wyjątkowy dzień.

środa, 28 grudnia 2011

Moje dzieciństwo w Podlegórzu

Maj 1945 rok. Wieś Podlegórz położona na wzgórzu,a u jejpodnóża płynie rzeka Obrzyca. Kwitną sady. W powietrzu unosi się zapach kwiatówi słychać brzęczenie pszczół. Jest cudownie.
Wieś opustoszała. Niemcy wyjechali, a ich miejscezajmowali repatrianci i ludzie z obozów pracy w Niemczech: z Białorusi,Wileńszczyzny, z Poznańskiego. Była to mieszanka, która nie mogła się wzajemniezaakceptować. Padały przezwiska: „Zabugole,”, „Pyry poznańskie”, „Kaziuki” itp.Z biegiem lat doszło do normalności. Pokolenia młode wymieszały się, a starzyteż „przywykli”.
Moja Rodzina po powrocie z niemieckiego obozu pracyrównież tam osiadła. Mama wdowa, z dwójką dzieci (Ojciec zginął podczas nalotuw Berlinie), pracowała na ośmiohektarowym gospodarstwie. Było Jej bardzociężko. Do wszelkich prac polowych należało wynajmować gospodarzy – w zamian zausługi odrabiała przy żniwach i wykopkach. Nie odczuwaliśmy tego, że jesteśmypółsierotami. Na stole był zawsze świeży, pieczony przez Mamę chleb, masełkowłasnej roboty, świeże jaja. Gorzej było z ubraniem. Trzeba było radzić sobiewe własnym zakresie. Z owczej wełny robiono swetry, tkano samodział napłaszcze, kurtki. Z wyprawionych skór szewc szył buty. To na razie wystarczyło– ważna była wolność.
Edukacją mojego brata najczęściej zajmowałam się ja. Mamamiała mnóstwo innych obowiązków. Karolek miał trzy latka i wykazywał zdolnościmuzyczne: lubił śpiewać i „grać” na kawałku drewna, imitującym w jego wyobraźniharmoszkę. Śpiewał nauczoną przeze mnie jeszcze w obozie piosenkę, której treśćpodam: „U  baora piesek wyje, naśniadanie zjadł pomyje, a na obiad kawał flaka, szczekaj piesku na dojczlaka”.
Interpretacja mojego brata brzmiała następująco: „dupaola pieset wyje, na śniadanie zjadł pomyje, a na obiad tawał flata, szczetajpiestu na dojczlata”. Sąsiedzi dziwili się, przy tym śmiali i bisowali.
Naukę rozpoczęłam w miejscowej szkółce w 1945 roku znieliczną grupą dzieci w wieku 7-14 lat.
W szkole na parterze znajdowały się dwie klasy lekcyjne,a na piętrze mieszkanie dla nauczyciela. Z pomocy naukowych dostępna była tylkotablicą (gorzej z kredą). Dzieci uczyły się w klasach łączonych. Były toprzerośnięte roczniki, w związku z czym trzeba było różnicować program.
Nauczyciele byli niewykwalifikowani, po siedmiu klasach,po kursach przygotowujących do nauczania. Bardzo często zmieniali się. Dziecibyły posłuszne. Nie było problemu z dyscypliną. Co pani powiedziała, było „święte”.Z perspektywy lat z niedowierzaniem patrzę, jak głodni byliśmy wiedzy i jak chętniebraliśmy udział w różnych inicjatywach.
Z koleżanką Bronią Jaszewską (obecnie Kubas)organizowałyśmy ogniska, urozmaicone ciekawym programem artystycznym: skecze,piosenki (solo i w duecie). Te „wydarzenia” przyciągały ludzi z całej wsi.Wszystkim się bardzo podobało, a my byłyśmy miejscowymi „celebrytkami”.
Każdego dnia po przyjściu ze szkoły czekały na mnieobowiązki: pasienie krów i opieka nad bratem. Lekcje odrabiało się zwyklewieczorem.
Dzieci na wsi miały mało czasu wolnego. Lepiej było zimą.Zjazdy na sankach z góry, lepienie bałwanów, zabawy na ślizgawkach, to było to,co sprawiało nam największą radość.
Edukację w Podlegórzu zakończyłam na klasie piątej zbardzo dobrym świadectwem. Zaraz po szkole poszłyśmy z koleżankami nad rzekękąpać i opalać się. Czas wypędzania krów na pastwisko po obiedzie zbliżał się –my jednak zatraciłyśmy się w zabawie. O godzinie piętnastej wróciłam do domu,już od samych drzwi wymachując świadectwem: „popatrz Mamo, jakie mam dobreoceny! Cieszysz się?”
„Bardzo, ale muszę cię ukarać” – powiedziała Mama izaczęła wymachiwać rózeczką. „Wiedziałaś, że masz przyjść zaraz po rozdaniuświadectw, a ty? Krowy stoją w oborze…”. Przyznałam w duchu Mamie rację.Obowiązki to obowiązki. Należy je wypełniać.
Szóstą klasę przerobiłam indywidualnie w okresie wakacji(dwa miesiące).
Moją nauczycielką była pochodząca z Wielkopolski PaniMaryńczykowa – pedagog z prawdziwego zdarzenia, który zainspirował mnie dodalszej nauki.
Następnie dostałam się do klasy wstępnej (siódmej) LWP wSulechowie. Na tym zakończyło się moje dzieciństwo.


Z bratem Karolkiem w Podlegorzu


poniedziałek, 26 grudnia 2011

Czy esesman mógł tak postąpić?

Saksonia – lagier, obóz pracy w Lichtenbergu Kreis Freiberg. Jest nas kilka rodzin z Wołynia: Lewiccy, Markowscy, Gustowscy, Popławscy, Zielińscy – większość z Komaszówki. Wszyscy dzieliliśmy jednaki los. Zostaliśmy wywiezieni w 1943 roku przymusowo do Niemiec.
Moja Rodzina liczyła pięć osób: wujek Janek Lewicki, babcia Adela, moja Mama Wiktoria Majer, dwuletni brat Karolek – i ja siedmioletnia Irena. Wspomnę, jak wyglądało nasze życie w lagrze. O godzinie szóstej pobudka. Na dworze apel, mizerne śniadanie i wymarsz do pracy. Moja Mama dojeżdżała do pracy wraz z innymi kobietami pociągiem do Muldy. Tam na stacji kolejowej rozładowywały wagony z węglem i nie tylko.
Po przyjeździe do lagru Babcia Adela zapadła na ciężką przypadłość – jak określił niemiecki lekarz – jej przyczyną był brak wolności (tęsknota za synami, którzy poszli na ochotnika walczyć do partyzantki i zaginiony zięć). Głód i rozpacz doprowadziły do przewlekłej choroby.  Nie wstawała z łóżka i wymagała permanentnej opieki. Opiekowałam się Nią i bratem. Ja – siedmiolatka- małego wzrostu, wątła, ale jak się okazało dzielna w opinii dorosłych.
Byłam surową opiekunką- karciłam szczególnie brata za potrzeby fizjologiczne. Miał ciągłą biegunkę po zjedzeniu postnej brukwi, a konsekwencje tego były dla mnie przykre. Nie rozumiałam tego, że to nie zależy od niego …bo i skąd? Za karę kazałam mu klęczeć. Teraz mu o tym opowiadam, ale mi wybaczył, bo wie, że chciałam dla niego dobrze.
Babcia wymagała częstej zmiany prześcieradeł (a były tylko dwa)ponieważ  z Jej ciała wypływała woda. Trzeba było często prać, co Mamusia wykonywała nocą po przyjściu z pracy. Już brakło sił.
Pewnego dnia Mama zbuntowała się i poprosiła szefa, by pozwolił Jej zostać jeden dzień lagrze – oprać matkę i dzieci. Ten odmówił. Wówczas Mama samowolnie została. Jakie były tego konsekwencje?
Pamiętam była niedziela. Do lagru weszło dwóch esesmanów. Padły słowa: „gdzie jest Frau Majer?”. Mama oczywiście zgłosiła się.  Przedstawili powód swojej wizyty – za nieposłuszeństwo wobec szefa grozi odebranie dzieci, a Jej wywóz do karnego lagru. Pani Zielińska była tłumaczką. Za jej pośrednictwem Mama przedstawiła swoje argumenty: małe dzieci, chora matka. To była konieczność. Esesman zamyślił się, spojrzał na drugiego i zwrócił się do szefa takimi słowami: „ Ty jesteś człowiek? Jak mogłeś tak postąpić? Nie wzruszają cię te dzieci i chora obłożnie kobieta?” Szef zbladł i nic nie odpowiedział. Esesmani poszli. Jakaż ulga, ale zarazem niepokój…Czy nie będzie się mścił? Na szczęście tuż przed zakończeniem wojny zmieniono szefa. Drugi był o wiele lepszy. Babcia niestety nie doczekała wolności i powrotu synów. Miesiąc przed zakończeniem wojny zmarła. Nie wytrzymało Jej matczyne serce.
Analizując przedstawioną historię, nie chce się wierzyć, że tak mogli postąpić kaci. Odruch ludzkiego uczucia nawet w nich się odezwał. Czy możemy generalizować wszystkich? Pozostawmy to  ocenie historii.

niedziela, 25 grudnia 2011

Pierwsza komunia

 Jest rok 1940. Najbliższy kościół w miejscowości Kiryłówka podlega parafii dubieńskiej. Msze odbywają się w niedziele. Proboszcz ogłasza z ambony, by rodzice, którzy mają dzieci w wieku 6-9 lat, przygotowali je do pierwszej komunii we własnym zakresie. Podał do wiadomości, że należy opanować minimum wiedzy z katechizmu. Egzamin odbędzie się w zakrystii kościoła filialnego w Kiryłówce.
Egzamin zdałam, a moja Mama została wyróżniona przez księdza z ambony za solidne przygotowanie mnie do tego sakramentu.
Należało czynić przygotowania do uroczystości. Od czego zacząć? Oczywiście od sukienki, bucików…Wtedy to już był poważny problem. Po dłuższym zastanowieniu i racjonalnym myśleniu dało się go rozwiązać. Z Mamusi panieńskiej żorżetowej sukienki koloru herbacianej róży Jej  kuzynka uszyła piękną sukieneczkę, a z „wału” (tj. grubych ufarbowanych nici konopnych na szydełku) ta sama kuzynka zrobiła bambosze z pomponami. Cóż za radość -problem rozwiązany!
Czekałam tylko na dzień, kiedy do serduszka przyjmę Pana Jezusa. Nie myślałam o prezentach ani o uroczystym przyjęciu.  Chcę nadmienić, że w tym samym dniu odbyło się bierzmowanie mimo, ze wydaje się to aktualnie nierealne. Tak było. Przyczyną tego była wojna.
Pamiętam, że przystępując do sakramentu komunii, należało być na czczo. Trochę osłabłam, bo uroczystość odbyła się o godzinie czternastej (byłam dzieckiem wątłym). Skupienie i powaga towarzyszyły mnie do końca uroczystości. Po powrocie do domu nic się nie działo. Skromny obiad i niezatarte wspomnienia, które pozostają do dziś.

sobota, 24 grudnia 2011

Święta

Wszystkim, którzy czytają mojego bloga życzę Wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku 2012! Wszelkie uwagi i komentarze są dla mnie niezwykle cenne i serdecznie za nie dziękuję!

Wołyń

Urodziłam się 24.12.1934 r. w Komaszówce  pow. Dubno , woj. Wołyń  ( Ukraina).Rodzice moi byli rolnikami. Oprócz tego ojciec pracował jako młynarz u Żyda Benza we wsi Ubowo. Matka Pracowała na  8- hektarowym gospodarstwie ,  zajmowała się domem, wychowywaniem mnie. Do ósmego roku życia byłam jedynaczką. Doczekałam się  brata, którego z przyjemnością niańczyłam, był moją zabawką. Mieszkaliśmy na tzw. Chutorze, do najbliższej miejscowości  Lubomirki składającej się z kilku domow i tartaku było 1,5 km.  Mimo że nie miałam koleżanek ani zabawek, to byłam  szczęśliwa , bawiąc się ulubionym kotkiem i szmacianymi lalkami uszytymi przez babcię. Rodzicie moi byli mieszanym małżeństwem. Matka była Polką, a ojciec miał korzenie niemieckie. Kiedy wybuchła II wojna światowa , miałam 5 lat. Zapamiętałam tylko , jak po jasnym, lazurowym niebie poruszały się samoloty niemieckie, rzucając ulotki.
Ojca mego zmobilizowano – poszedł rano, a do domu  wrócił wieczorem. Już była za późno, rząd polski uciekł do Rumunii. Zapamiętałam też moment, kiedy
we wsi pojawiło się wojsko rosyjskie- to okupacja. Trwała niedługo. Wszelkie bieżące wiadomości nie były dostępne. Brak prasy, radia- byliśmy odcięci od świata. Żyliśmy skromnie ,ale chleb był zawsze. Poza tym matka natura żywiła. Nastały czasy o wiele gorsze, kiedy to na terenie Wołynia pojawiły się bandy UPA. Początkowo zasięg ich  „działań” był niewielki. Zaczęło się od pojedynczych ataków na rodziny – palenie domów, grabienie mienia, aż po najgorsze mordy. Z każdym miesiącem agresja band nasilała się. Napadali w biały dzień, palili całe wsie, ludzi spędzali do kościoła. Pamiętam dzień, straszny dzień- o godz. 15 zaczęły bić dzwony w sąsiedniej wsi, Kiryłówce, na niebie ukazała się krwawozłota łuna, zaczęły wyć psy , ryczeć krowy , dzieci płakały, kto żyw – uciekał. Bandyci nie oszczędzali starców ani dzieci. W bestialski sposób, żywcem rzucali niemowlęta do mrowiska. Ludzi starszych, kobiety potrafili przybijać gwoździami do drzew ( krzyżować) i skazywać na powolne konanie. Z każdym dniem czuliśmy coraz bardziej , że i nas niebawem spotka podobny los . Rodzice postanowili uciekać do najbliższego miasta Dubna i tam zatrzymać się u krewnych ( siostra ojca).Dubno było pod okupacja niemiecką. Niemcy prowadzili podstępną politykę, podsycali nienawiść  Polaków do Ukraińców i odwrotnie. Organizowali wyprawy na wsie ukraińskie, zaopatrując Polaków w broń i amunicję. Polacy z kolei mszcząc pomordowanych przez bandy UPA  bliskich, używali  jej do zabijania Ukraińców.
W Dubnie , jak wcześniej wspomniałam, ojciec dostał pracę we młynie, mama opiekowała się mną i młodszym bratem. Okupacja miasta trwała, ale widać było ,że zaczyna dziać się coś złego. Słychać było odgłosy dział, Niemcy urządzali łapanki uliczne na mężczyzn, wywozili ich do kopania okopów przed zbliżającym się frontem rosyjskim. W jednej z takich łapanek mój ojciec  został pojmany i wywieziony   w nieznanym kierunku. Nigdy więcej już go nie widziałam . Prawdopodobnie zginął podczas nalotu na Berlin, ale to jedna z wersji… Front rosyjski się zbliżał, Rosjanie weszli na przedmieścia Dubna Surmicze. Miasto dzieliła rzeka  Ikwa. Po stronie niemieckiej wszyscy Polacy zostali przymusowo wywiezieni do Rzeszy.Była mroźna noc, esesmani  spędzili wszystkich do kościoła na ulicy Panieńskiej. Stamtąd samochodami ciężarowymi wywozili na stację Brody. Działy się wtedy dantejskie sceny. Rosjanie toczyli zacięte walki o zdobycie miasta, Niemcy bronili się. Pod gradem kul i błyskawic rozrywających się pocisków słychać tylko jak esesmani odliczają:  ein, zwei, drei itd. Do czterdziestu. Następna  tura wsiada do kolejnego samochodu. Były przypadki, że dziecko jak czterdzieste  pierwsze musiało znaleźć się w kolejnym samochodzie. Jęki , prośby, matek nie robią na bezdusznych Niemcach żadnego wrażenia Tak dowieziono nas na stację Brody, a tam załadowano do wagonów towarowych jak śledzie w beczce , na rozłożoną słomę. Jechaliśmy 3 tygodnie z postojami w chłodzie i głodzie. Od czasu do czasu pociąg zatrzymywał się i pędzono nas do łaźni, a nawet zdarzało się, że pojawiał się niemiecki lekarz i badał – wszystkich. Kobiety, mężczyzn i dzieci gromadzono w jednym pomieszczeniu kazano się rozebrać się do naga , było to krępujące i poniżające godność ludzką. Dotarliśmy wreszcie do stacji docelowej – wsi niemieckiej LIchtenberg  (k. Kreisfreibergu  w Saksonii). Tam  zostaliśmy ulokowani w drewnianych barakach  otoczonych  kolczastym drutem. Zmęczeni długą , ciężką podróżą o godz. 6.00 usłyszeliśmy głos: „ Austhein, arbeit”! wszedł Niemiec, szef lagru , rozdał kobietom i mężczyznom drewniane buty               ( holzschugi), łopaty i kazał odśnieżać drogi i tory kolejowe. Później przydzielono im już pracę stałą.Mężczyźni budowali kolej, kobiety rozładowywały węgiel z wagonów. Ja jako siedmioletnie dziecko  , opiekowałam się bratem i obłożnie chorą babcią. Jak wyglądała nasza egzystencja?
Racje żywieniowe- głodowe: rano miska brukwi i kromka chleba, deko margaryny , ˝ l. kawy czarnej, raz w tygodniu sos , ziemniaki i odrobina koniny. Babcia zmarła z głodu, organizmy młode przetrwały .Chodziłam z bratem na żebry, prosząc o kawałeczek chleba. Była to honorowa żebranina.  Nazbierałam orzeszków laskowych do kieszeni  i weszłam do domu niemieckiego, prosząc Niemkę , by wzięła orzechy i dała mi „brott”. Ona owszem , orzeszki wzięła,jednak daremne było moje oczekiwanie na schodach- cisza grobowa , chleba nie ma. My jako dzieci ratowałyśmy się jak mogłyśmy: kradłyśmy ziemniaki z kopców , groch z siewników  na polach, mleko z rampy na dworcu kolejowym. Było to wielkie ryzyko , ale do czego może doprowadzić głód?
Maj 1945 rok był czasem  radości. Nasz obóz wyzwoliła Armia Czerwona. Wysiedli „sołdaty”  z czołgu, kazali nam opuścić lagier i razem z nami udali się do wsi LIchtenberg do gospodarzy niemieckich. Kazali im zastawić stoły jadłem , jakie posiadali. Marzyliśmy tylko, żeby było dużo chleba .I było!
Sielanka trwała parę dni, żołnierze rosyjscy dali nam konie, furmanki i kazali wracać do domu ( my na Wołyń). Jechaliśmy rodzinami na wozach, co jakiś czas wymieniano nam konie. Dotarliśmy do Rawicza, a tam powiedziano nam:” Stop! Nie możecie jechać na Wołyń. Zostaniecie na Ziemiach Odzyskanych, jedźcie do Świebodzina, tam jest punkt  repatriacyjny”. Dotarliśmy tam pociągiem, stamtąd cofnięto nas do Sulechowa. Wysiedliśmy  na dworcu i udaliśmy się do siedziby PCK na ulicy Konopnickiej. Polecono rodzinom szukać gospodarstw do zasiedlenia. Wsie zamieszkałe wcześniej przez Niemców były opustoszałe.
Moja mama z rodziną i sąsiadami z Wołynia udała się do wsi Podlegórz. W kupie zawsze raźniej. My repatrianci mogliśmy wybierać dom do zamieszkania. Nas najbardziej interesowały budynki gospodarcze, duże podwórko ,sad. I takie gospodarstwo wybraliśmy. Życie nie należało do najłatwiejszych , ale ważne że byliśmy wolni i mieliśmy chęć działania. Wszystko to miało służyć naszemu dobru, szczęściu, bezpieczeństwu. Jak wspomniałam, początki nie były łatwe: brak maszyn, narzędzi rolniczych, nowe formy gospodarowania ( spółdzielnie produkcyjne) na wzór rosyjskich kołchozów, brak komunikacji , obciążenia  kontyngentami- to wszystko  mogło zniechęcać, ale jeśli patrzyło się na to przez pryzmat młodości i optymizmu – dało się wytrzymać. Radość zapanowała, kiedy otworzono 3 klasy miejscowej szkoły. Dzieci były przerośnięte , ja miałam 11 lat i rozpoczęłam naukę od razu w trzeciej klasie dlatego, że umiałam już czytać i pisać , bo nauczyła mnie tego moja mama. Inne musiały zaczynać edukację od początku i często kończyły ją na trzeciej klasie. Kto miał ambicje i chciał coś w życiu osiągnąć, kontynuował naukę w pobliskim Sulechowie. Ja ukończyłam Liceum Pedagogiczne i po latach wróciłam do rodzinnej wsi, by kształcić  nowe pokolenia Polaków. Pracowałam jako nauczycielka 40 lat. Jestem u kresu drogi, ale mimo wszystko wracam bardzo często do „tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, szumiącej Ikwy ,mego Wołynia, mojej  Lubomirki.


Moja babcia Adela (z prawej),jej siostra Hania ( z lewej),w środku ich dzieci Jan i Dyzia



Moja Babcia Adela Lewicka



Wuj Wincenty Lewicki




Moja babcia Jadwiga Majer z córkami Olą i Julią





Moi Rodzice Wiktoria i Jan Majerowie







Ślub cioci Mani, siostry Mamy



Wołyń









Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.