czwartek, 22 marca 2012

MŁODOŚĆ,MIŁOŚĆ, ŻYCIE CZĘŚĆ II

W nawiązaniu do części pierwszej , po przeanalizowaniu komentarzy , chciałabym jeszcze wyjaśnić, że
moje wspomnienia może nie wszystkim się podobają, szczególnie młodym ludziom. Osobiście jestem – jak mi się wydaje- osobą tolerancyjną- jednak są sprawy , obok których trudno mi jest być obojętną . Razi mnie bardzo wulgarność , agresja , nawet słowna. Nie omieszkam wspomnieć , że za moich czasów można było spotkać również osoby obdarzone wybujałym temperamentem, które dawały mu upust.  Nie cieszyły się dobrą opinią. Dziewczyny, które ulegały słabościom, były piętnowane, a jeśli z tych częstych i niejednokrotnie przypadkowych związków rodziły się dzieci, nazywano je znajdami i bękartami. Było to moim zdaniem obraźliwe i krzywdzące. Cóż dziecko winne? 
Z perspektywy lat dochodzę do wniosku, że moralność w narodzie bierze swój początek w rodzinnym domu , a ma na to wpływ wiele czynników ot choćby  ustrój, środowisko, grupa rówieśnicza. Może będę niesprawiedliwa, ale wydaje mi się że negatywny wpływ wywarła kultura Zachodu. Trendy mody , wolne związki , agresja , przemoc, brak autorytetów, a przez to zatracenie   samego siebie. Na szczęście człowiek ma rozum i wolną wolę. Sam musi wybrać , co dla niego najlepsze.
Jestem przekonana, że moje moralizowanie spotka się z falą krytyki ( oby na poziomie). Stara baba- co ona wie o przyjemnościach tego świata. Z pokorą przyjmę uwagi, lecz będę twardo broniła  staroświeckich zasad.
W tej części wspomnę o moim mężu, naszym wspólnym życiu, naszej małej rodzince.
Mąż po ślubie wyjechał do wojska. Nadal trwała ożywiona korespondencja, zmienił się tylko nagłówek : Kochana żoneczko.  Nadchodzi straszny  dzień w moim życiu. W tragicznych okolicznościach ginie moja mama – spada ze schodów, ma zaledwie 48 lat. Zostaje 8 hektarów  ziemi,  inwentarz i 15-letni brat Karol. Mąż w Ustce, ja pracuję w odległej o  50 km miejscowości. Cóż było robić? Rodzice męża zaopiekowali się gospodarstwem , a jego babcia zamieszkała z Karolem. Już wtedy dojeżdżał do liceum  ogólnokształcącego  w Sulechowie ( potem przeniósł się do technikum rolniczego w Strzelcach Krajeńskich). Na dłuższą metę tak żyć nie można było. Staram się o przeniesienie do pracy w rodzinnej miejscowości, w sam raz jest wolne miejsce. Mężowi udaje się ze względu na szczególną sytuację załatwić zwolnienie z wojska. Wraca do pracy do Warszawy, to jednak w żaden sposób nie rozwiązuje problemu. Po kilki miesiącach zwalnia się , w międzyczasie dostaje pracę w sulechowskim „Prodwodrolu” na stanowisku głównego mechanika i kontrolera produkcji. Jest już lepiej . Działamy na dwóch frontach – zawodowo i utrzymujemy gospodarstwo po mamie. Nie było  to łatwe. Mieliśmy jeszcze pod opieką mego brata. Należało otoczyć go opieką , okazać serce, ciepło , serdeczność, zadbać o jego edukację .Mąż traktował go jak syna. Utkwił mi w pamięci wzruszający, moment, kiedy  Janek pojechał do Zielonej Góry , aby kupić mu ubranie na bal maturalny. We wcześniejszej rozmowie zasugerowałam , by był  ładny , niezbyt drogi. Wówczas on się oburzył, mówiąc : „kupię sierocie najdroższy i najładniejszy, niech się nie czuje gorszy wśród kolegów”.
Wzruszyłam się , nie okazując tego. Pomyślałam:” jaki z ciebie dobry człowiek”.  Wiele wtedy zyskał w moich oczach.Mieli  ze sobą świetne relacje- ojcowsko-koleżeńskie. Cieszyłam się ,że brat nie odczuje tak bardzo sieroctwa, wiedząc ,że ma w nas oparcie. Byliśmy z niego dumni. Dyrektor technikum , Pan Dubowik miał zwyczaj wysyłać listy gratulacyjne do rodziców wyróżniających się uczniów. My też takie otrzymywaliśmy.  To był nie tylko dobry nauczyciel ,ale i dobry człowiek. Znając sytuację Karola , trochę mu „ojcował”. Mijały lata, mój brat ukończył studia w Szczecinie. W międzyczasie ilekroć był w Strzelcach ( np. u rodziny), zawsze znalazł czas, by odwiedzić swego  dyrektora. Kiedy Pan Dubowik zmarł, odwiedzał jego grób na cmentarzu , zapalając znicze. Tylko w taki sposób mógł okazać mu swoją pamięć i wdzięczność.
Moje małżeństwo nie było usłane różami. Nie było mowy o wczasach , rozrywkach . była ciężka praca, ale wspólna, byliśmy młodzi, byliśmy razem , a więc szczęśliwi. Jak wyglądał nasz dzień powszedni?
Wstawało się bardzo wcześnie nawet o 3, 4 godzinie ( szczególnie w porze letniej),  2 krowy mąż pędził na łąkę oddaloną o pół godziny drogi od domu. Gdy tylko wracał , zaraz musiał jechać na 7.00 do pracy w Sulechowie. Po powrocie do wieczora pełne ręce roboty, w domu , w polu , przy inwentarzu. Ja pracowałam na miejscu, to do mnie należał obowiązek przygonienia krów z pastwiska, dojenie, typowe kobiece prace w domu i dodatkowo przygotowanie do lekcji ( pisanie konspektów).
Wielu czytelników mojego bloga pytało, jakim Janek był mężem    ojcem. Z perspektywy czasu, obserwacji i porównań mogę z całą stanowczością stwierdzić , że był dobrym mężem, dbał o dom, pomagał mi , co ważne- mogłam na niego liczyć .Nie był na pewno idealny, ale któż jest?
Zanim został moim mężem, już wiedziałam ,że będzie dobrym ojcem. Powiedziała mi to moja mama, obserwując, jak  Janek opiekuje się swoją kilkumiesięczną  siostrzenicą . Chłopcy w jego wieku wstydziliby się pchać wózek z dzieckiem przez wieś . On to robił z przyjemnością. Doczekaliśmy się dwóch córek. Różnica wieku była dość znaczna- 9 lat. Wspaniale sprawdzał się w roli ojca. Np. kiedy urodziła się  młodsza córka , przywiózł do szpitala kolekcję różnych czapeczek i smoczków . Niektóre były tak  ciężkie ( w kształcie głowy kota) , że wypadały dziecku z buzi. Z jedzeniem dla maluchów nie było kiedyś tak łatwo. Trzeba się było sporo natrudzić , by zdobyć np. mleko w proszku  ( wg zaleceń lekarza) dla starszej latorośli. Janek niejednokrotnie wyjeżdżał do Leszna , do Poznania po to mleko.
Świetnie sobie potrafił poradzić z dziećmi , kiedy mnie akurat nie było – karmienie , kąpiele, pranie pieluch  nie było problemem.  Mogłam spokojnie wyjeżdżać na różne kursy metodyczne ( najczęściej w czasie wakacji) bez obawy , że dzieciom  będzie się działa krzywda. I tak płynął dzień za dniem, rok za rokiem. Dziewczyny dorosły, skończyły studia, założyły rodziny, urodziły nam się wnuczki ( różnica wieku podobna -10 lat). Wydawałoby się ,że tak naprawdę nic nam więcej do szczęścia nie potrzeba oprócz zdrowia. I właśnie jego brak stał się którego dnia przyczyną kolejnej tragedii w moim życiu. Janek w wieku 65 lat umiera na zawał. Zostaję sama. Zaczął się dla mnie zupełnie nowy rozdział . O tym w kolejnej części.
Dziękuję za wszystkie komentarze, szczególnie zaś za te dla mnie pozytywne, ciepłe, serdeczne. Ze zdrowiem lepiej nie jest. Pozdrawiam.


                                                 Z wizytą u braciszka Karolka w Czechowie

poniedziałek, 5 marca 2012

Młodość , miłość, życie część I

Czytelnicy mojego blogu sugerują, żebym wspomniała o latach swojej młodości, młodzieńczych miłostkach , pierwszym poważnym zakochaniu i sfinalizowaniu tego uczucia.
Wiemy z doświadczenia i obserwacji, że już w przedszkolu nawiązują się przyjaźnie, „zauroczenia”, które mogą trwać aż do szkoły podstawowej a może i dłużej. Bywają przypadki ,że kończą się one małżeństwem.
Często słyszy się :”znaliśmy się od dziecka”. Tak było w moim przypadku. Już w klasie trzeciej szkoły podstawowej spodobał mi się kolega Janek. Zauważyłam, że i on darzy mnie sympatią, czego dowodem były często wręczane bukieciki kwiatów. Zaloty w klasie objawiały się pociąganiem za warkocze .Mnie ta forma zupełnie nie odpowiadała. Naskarżyłam więc na niego wychowawczyni. Konsekwencją tego była wizyta ojca Janka w szkole i kara cielesna wymierzona przy klasie- na środku klasy postawił krzesło i paskiem zdzielił syna po miękkiej części ciała, mówiąc , pamiętaj ,że masz się na lekcji odpowiednio zachowywać, żeby to była ostatnia taka moja wizyta w szkole. Tak reagowali rodzice w tamtych czasach, była jednomyślność w kwestii wychowania między domem a szkołą. Były tego zauważalne efekty w pracy wychowawczej i dydaktycznej. Z pewnością nie była to metoda pedagogiczna , ale na pewno skuteczna. Mam świadomość ,że moje stwierdzenie może wywołać kontrowersje i  zrozumiałą dyskusję .
Janek pozornie nie miało do mnie żalu o to. Potem jednak w kilku szkolnych sytuacjach dał mi odczuć , że jest inaczej. Np. nie pomógł mi z matematyki ( a orłem z tego przedmiotu nie byłam) , choć  był umysłem ścisłym.
Mimo trudnych warunków materialnych moja koleżanka Bronia, Janek i ja kontynuowaliśmy naukę. Wiem z późniejszych  opowiadań jego rodziców, że po podręczniki jeździł rowerem do miasta oddalonego o 30 km. Do siódmej klasy również dojeżdżał codziennie 8 km bez względu na porę roku, pogodę . Tyle w nim było samozaparcia, tak bardzo chciał się uczyć. W porównaniu z sytuacją Janka, nasza (moja i Bronki) wydawała się komfortowa. Obie mieszkałyśmy w internacie „Szarotka”, do szkoły było kilkadziesiąt metrów ( klasa wstępna – siódma LWP).
Po ukończeniu siódmej klasy Jan podjął naukę w Technikum Mechanicznym w Świebodzinie, mieszkał na stancji, potem w internacie .
My z Bronką kontynuowałyśmy edukację w sulechowskim Liceum Pedagogicznym. Przyjaźń trwała, spotykaliśmy się we trójkę raz na dwa tygodnie w wyjazdowe soboty. Wspólnie wracaliśmy do domu. Głównymi tematami naszych rozmów były sprawy szkolne. W niedzielne popołudnia lubiliśmy spacerować po wsi. W czasie wakacji bywaliśmy na potańcówkach . Przygrywał na harmonii  wiejski grajek. Był zwyczaj, że mamy chodziły z córkami , siadały na ławkach ustawionych pod ścianami i przyglądały się , jak bawią się ich pociechy.
Czas płynął. Dorastaliśmy.
Pamiętam sytuację, kiedy Janek odbywał wakacyjną  praktykę zawodową w Lesznie Wielkopolskim. Tęskniłam za nim bardzo, ale nigdy w życiu nikomu bym się do tego nie przyznała , a już jemu w szczególności. Co więc robiłam? Żeby nie  być „podejrzaną” o jakieś uczucia , wychodziłam sobie niewinnie z kozą na sznurku niby ją pasąc, a w rzeczywistości wypatrując , kiedy będzie wracał z dworca. Były to niby zupełnie przypadkowe spotkania ( świetnie przeze mnie zainscenizowane).
Miałam świadomość, że dziewczyna nie może narzucać się chłopakowi, wiedziałam też, jaką na ten temat ma opinię obiekt moich uczuć.
Ponieważ chodziłam do szkoły sfeminizowanej, często dyrekcja zapraszała uczniów z męskiej szkoły na  szkolne zabawy . Bywali u nas chłopcy z technikum leśnego w Rogozińcu, i mechanicznego ze Świebodzina. Młodzież bawiła się  do określonej godziny , nigdy nie było alkoholu, może niektórzy popalali gdzieś po kątach, ale ja tego nie widziałam. Na jednej z  zabaw nie byłam obecna z powodu choroby, Janek dowiedział się o tym od Bronki. O dziwo okazał się wiernym i spędził czas przy mnie na izbie chorych w internacie .Po zabawie wrócił z kolegami do Świebodzina. Bardzo mi to zaimponowało.
Wiosną spędzaliśmy wolny czas w moim sadzie. Słuchałyśmy ptasich koncertów, zachwycałyśmy się zapachem kwitnących akacji. Śpiewałyśmy z Bronią piosenki. Janek niestety talentów muzycznych nie posiadał, choć później okazało się ,że miał dobry słuch i wyłapywał wszelkie fałsze. Po ukończeniu szkoły średniej dostał pracę w Krakowie , potem jakiś czas pracował w Warszawie, ja w Świebodzinie, a potem w Jordanowie. Dzieliły na setki kilometrów , ale od czego sztuka epistolografii? Raz w tygodniu otrzymywałam od Janka list, pisał zawsze zielonym atramentem ładnym charakterem pisma . Styl i słownictwo zachwycało mnie wtedy , a moje córki znacznie później .Nie było w nich nic takiego, czego moglibyśmy się wstydzić . Po raz pierwszy ośmielił się napisać :”Kochana Irenko”, ja tylko : „Janku”( żeby nie był zbyt pewny). Okazją do spotkań były święta i urlopy. Z Warszawy powołano go do wojska- marynarki wojennej w Ustce. Korespondencja kwitła, dostałam zaproszenie na przysięgę, ale nie pojechałam – wg mnie nie wypadało. Dziś nie wiem, czy słusznie, ale wtedy taka właśnie była moralność.
W czasie jednej z przepustek Janek oświadczył się , poprosił mamę o moją rękę. Staliśmy się narzeczeństwem. Mój już narzeczony nalegał byśmy się jak najszybciej pobrali. Rodzice zaakceptowali ten pomysł.
Ślub odbył się 15 sierpnia 1957 roku w kościele filialnym w Podlegórzu. Wesele było huczne, gości tłum, pogoda cudowna , idealna na taką uroczystość. Byłam wzruszona i szczęśliwa. Rozpoczęliśmy wspólne życie…..   ( cdn)





                                                                       Z Jankiem


                                    

                                           Z bratem Janka Romanem i kuzynem Ryśkiem


                                                  

                                                 Przedszkole w Jordanowie – pierwsza praca




                                                                           Ja i Janek




                                                W tle Seminarium Duchowne w Paradyżu






                                                              Z przyjaciółką Bronką





                                                                         Janek Artysta






                                                   Z Karolem i kuzynami Kaziem i Andrzejem





                                                                   Nasz ślub 15.08.1957




                                                                       Z przyjaciółką Różą




                                                   

                                              Z przyjaciółmi Marysią i Czesiem Glazerami









Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.