W nawiązaniu do części pierwszej , po przeanalizowaniu komentarzy , chciałabym jeszcze wyjaśnić, że
moje wspomnienia może nie wszystkim się podobają, szczególnie młodym ludziom. Osobiście jestem – jak mi się wydaje- osobą tolerancyjną- jednak są sprawy , obok których trudno mi jest być obojętną . Razi mnie bardzo wulgarność , agresja , nawet słowna. Nie omieszkam wspomnieć , że za moich czasów można było spotkać również osoby obdarzone wybujałym temperamentem, które dawały mu upust. Nie cieszyły się dobrą opinią. Dziewczyny, które ulegały słabościom, były piętnowane, a jeśli z tych częstych i niejednokrotnie przypadkowych związków rodziły się dzieci, nazywano je znajdami i bękartami. Było to moim zdaniem obraźliwe i krzywdzące. Cóż dziecko winne?
Z perspektywy lat dochodzę do wniosku, że moralność w narodzie bierze swój początek w rodzinnym domu , a ma na to wpływ wiele czynników ot choćby ustrój, środowisko, grupa rówieśnicza. Może będę niesprawiedliwa, ale wydaje mi się że negatywny wpływ wywarła kultura Zachodu. Trendy mody , wolne związki , agresja , przemoc, brak autorytetów, a przez to zatracenie samego siebie. Na szczęście człowiek ma rozum i wolną wolę. Sam musi wybrać , co dla niego najlepsze.
Jestem przekonana, że moje moralizowanie spotka się z falą krytyki ( oby na poziomie). Stara baba- co ona wie o przyjemnościach tego świata. Z pokorą przyjmę uwagi, lecz będę twardo broniła staroświeckich zasad.
W tej części wspomnę o moim mężu, naszym wspólnym życiu, naszej małej rodzince.
Mąż po ślubie wyjechał do wojska. Nadal trwała ożywiona korespondencja, zmienił się tylko nagłówek : Kochana żoneczko. Nadchodzi straszny dzień w moim życiu. W tragicznych okolicznościach ginie moja mama – spada ze schodów, ma zaledwie 48 lat. Zostaje 8 hektarów ziemi, inwentarz i 15-letni brat Karol. Mąż w Ustce, ja pracuję w odległej o 50 km miejscowości. Cóż było robić? Rodzice męża zaopiekowali się gospodarstwem , a jego babcia zamieszkała z Karolem. Już wtedy dojeżdżał do liceum ogólnokształcącego w Sulechowie ( potem przeniósł się do technikum rolniczego w Strzelcach Krajeńskich). Na dłuższą metę tak żyć nie można było. Staram się o przeniesienie do pracy w rodzinnej miejscowości, w sam raz jest wolne miejsce. Mężowi udaje się ze względu na szczególną sytuację załatwić zwolnienie z wojska. Wraca do pracy do Warszawy, to jednak w żaden sposób nie rozwiązuje problemu. Po kilki miesiącach zwalnia się , w międzyczasie dostaje pracę w sulechowskim „Prodwodrolu” na stanowisku głównego mechanika i kontrolera produkcji. Jest już lepiej . Działamy na dwóch frontach – zawodowo i utrzymujemy gospodarstwo po mamie. Nie było to łatwe. Mieliśmy jeszcze pod opieką mego brata. Należało otoczyć go opieką , okazać serce, ciepło , serdeczność, zadbać o jego edukację .Mąż traktował go jak syna. Utkwił mi w pamięci wzruszający, moment, kiedy Janek pojechał do Zielonej Góry , aby kupić mu ubranie na bal maturalny. We wcześniejszej rozmowie zasugerowałam , by był ładny , niezbyt drogi. Wówczas on się oburzył, mówiąc : „kupię sierocie najdroższy i najładniejszy, niech się nie czuje gorszy wśród kolegów”.
Wzruszyłam się , nie okazując tego. Pomyślałam:” jaki z ciebie dobry człowiek”. Wiele wtedy zyskał w moich oczach.Mieli ze sobą świetne relacje- ojcowsko-koleżeńskie. Cieszyłam się ,że brat nie odczuje tak bardzo sieroctwa, wiedząc ,że ma w nas oparcie. Byliśmy z niego dumni. Dyrektor technikum , Pan Dubowik miał zwyczaj wysyłać listy gratulacyjne do rodziców wyróżniających się uczniów. My też takie otrzymywaliśmy. To był nie tylko dobry nauczyciel ,ale i dobry człowiek. Znając sytuację Karola , trochę mu „ojcował”. Mijały lata, mój brat ukończył studia w Szczecinie. W międzyczasie ilekroć był w Strzelcach ( np. u rodziny), zawsze znalazł czas, by odwiedzić swego dyrektora. Kiedy Pan Dubowik zmarł, odwiedzał jego grób na cmentarzu , zapalając znicze. Tylko w taki sposób mógł okazać mu swoją pamięć i wdzięczność.
Moje małżeństwo nie było usłane różami. Nie było mowy o wczasach , rozrywkach . była ciężka praca, ale wspólna, byliśmy młodzi, byliśmy razem , a więc szczęśliwi. Jak wyglądał nasz dzień powszedni?
Wstawało się bardzo wcześnie nawet o 3, 4 godzinie ( szczególnie w porze letniej), 2 krowy mąż pędził na łąkę oddaloną o pół godziny drogi od domu. Gdy tylko wracał , zaraz musiał jechać na 7.00 do pracy w Sulechowie. Po powrocie do wieczora pełne ręce roboty, w domu , w polu , przy inwentarzu. Ja pracowałam na miejscu, to do mnie należał obowiązek przygonienia krów z pastwiska, dojenie, typowe kobiece prace w domu i dodatkowo przygotowanie do lekcji ( pisanie konspektów).
Wielu czytelników mojego bloga pytało, jakim Janek był mężem i ojcem. Z perspektywy czasu, obserwacji i porównań mogę z całą stanowczością stwierdzić , że był dobrym mężem, dbał o dom, pomagał mi , co ważne- mogłam na niego liczyć .Nie był na pewno idealny, ale któż jest?
Zanim został moim mężem, już wiedziałam ,że będzie dobrym ojcem. Powiedziała mi to moja mama, obserwując, jak Janek opiekuje się swoją kilkumiesięczną siostrzenicą . Chłopcy w jego wieku wstydziliby się pchać wózek z dzieckiem przez wieś . On to robił z przyjemnością. Doczekaliśmy się dwóch córek. Różnica wieku była dość znaczna- 9 lat. Wspaniale sprawdzał się w roli ojca. Np. kiedy urodziła się młodsza córka , przywiózł do szpitala kolekcję różnych czapeczek i smoczków . Niektóre były tak ciężkie ( w kształcie głowy kota) , że wypadały dziecku z buzi. Z jedzeniem dla maluchów nie było kiedyś tak łatwo. Trzeba się było sporo natrudzić , by zdobyć np. mleko w proszku ( wg zaleceń lekarza) dla starszej latorośli. Janek niejednokrotnie wyjeżdżał do Leszna , do Poznania po to mleko.
Świetnie sobie potrafił poradzić z dziećmi , kiedy mnie akurat nie było – karmienie , kąpiele, pranie pieluch nie było problemem. Mogłam spokojnie wyjeżdżać na różne kursy metodyczne ( najczęściej w czasie wakacji) bez obawy , że dzieciom będzie się działa krzywda. I tak płynął dzień za dniem, rok za rokiem. Dziewczyny dorosły, skończyły studia, założyły rodziny, urodziły nam się wnuczki ( różnica wieku podobna -10 lat). Wydawałoby się ,że tak naprawdę nic nam więcej do szczęścia nie potrzeba oprócz zdrowia. I właśnie jego brak stał się którego dnia przyczyną kolejnej tragedii w moim życiu. Janek w wieku 65 lat umiera na zawał. Zostaję sama. Zaczął się dla mnie zupełnie nowy rozdział . O tym w kolejnej części.
Dziękuję za wszystkie komentarze, szczególnie zaś za te dla mnie pozytywne, ciepłe, serdeczne. Ze zdrowiem lepiej nie jest. Pozdrawiam.
Z wizytą u braciszka
Karolka w Czechowie