niedziela, 15 stycznia 2012

Antoniemu

Komaszówka – wieś położona na Wołyniu , zamieszkiwana w większości przez Polaków ( dwie rodziny ukraińskie). Zajmowali się oni głównie rolnictwem. Tym , którym nie wystarczało ( a dotyczyło to bez mała wszystkich) pracowali również  w pobliskim majątku , którego właścicielem był p. Itar- dziedzic.
Uważany za człowieka  uczciwego, nikogo nie krzywdził , jeśli tylko mógł – pomagał. Mam tę wiedzę z relacji moich bliskich, którzy mieli z nim bezpośredni kontakt (mama, ciocia).
W tej właśnie Komaszówce mieszkała cała moja rodzina ze strony mamy. Nestorką rodu była babcia Adela. Miała sześcioro dzieci- czterech synów i dwie córki. Cały trud ich wychowania spadł na jej barki po wczesnej śmierci męża Stanisława. Najmłodszy syn miał wtedy zaledwie rok.  Najstarszą  z rodzeństwa była moja mama Wiktoria ( 1909), następni to  Antoni ( dokładnej daty urodzin nie pamiętam, zmarł  w wieku 23 lat) ,Maria (1915), Wincenty (1918), Kazimierz(1920), Jan 1925).
Wszystkie dzieci były zdolne, dobrze się uczyły. Nauczyciele w szkole zwrócili uwagę na ich zdolności, szczególnie wyróżniając  Wincentego. Sugerowano babci, by dalej się kształcił, nie było to jednak w tamtych czasach  możliwe choćby ze względów finansowych. Po ukończeniu szkoły  interesował się przede wszystkim stolarką. Pewnego razu obejrzał zakład stolarski w pobliskiej miejscowości, chodził tam często , podpatrywał , pomagał i marzył o własnym . Póki co skrycie realizował swoje pragnienia. W małym pomieszczeniu gospodarczym założył malutki warsztacik stolarski. Wykonywał w nim piękne jak na owe czasy meble, instrumenty muzyczne , zabawki. W pamięci zapadła mi pięknie zdobiona gitara, na której wuj mój jako samouk pięknie grał. Nawet żona popa zapraszała go soboty  na plebanię , by tam koncertował. Młodzież i starsi często latem zbierali się w sadzie babci Adeli i słuchali , jak Wicek gra ( ubolewam ,że nie śpiewał).
Tak upływały lata na pracy w gospodarstwie, na sielance wiejskiego życia, na tle pięknej przyrody, nieskażonego powietrza.
Niestety nie trwało to zbyt długo. Okres sanacji oczywiście w pewnym sensie  było odnową, ale czasy, ustrój, sytuacja na arenie międzynarodowej doprowadziły do wybuchu II wojny światowej.
Wincenty zostaje powołany do wojska , wyjeżdża w głąb Rosji. Pisze listy do siostry ( mojej mamy), przesyła w nich zasuszone kwiaty niezapominajek, opisuje gehennę, głód, straszne warunki sanitarne.
Rodzina jest zrozpaczona. W tym czasie na terenie Związku Radzieckiego w porozumieniu ze Stalinem tworzy się wojsko polskie pod dowództwem gen. Andersa. Trafia tam Wincenty. Walczy we Włoszech o Monte Casino. Po zakończeniu wojny losy żołnierzy Armii Andersa potoczyły się różnie. Marzeniem mego wujka był powrót do ojczyzny. Co zgotowano w państwie totalitarnym ówczesnej Polski? Żołnierzy walczących na Zachodzie uważano za zdrajców. Ich powrót do kraju kończył się zwykle aresztem i osadzeniem w więzieniu. Wielka Brytania przygarnia „Andersowców” i tam też trafia Wincenty. Zakłada rodzinę , żeni się z Włoszką Carmelą. Pracował w fabryce jako mechanik , jego pasją była fotografika. Fakt ten został doceniony przez samą królową Elżbietę II, która zaprosiła go w gronie najlepszych fotografów angielskich na spotkanie. Budził uznanie kolegów na każdym polu działania. Mawiali, że  jest bezkonkurencyjny. Miał złote ręce . Pamiętam jedno z opowiadań babci. Kiedy miała dylemat z uszyciem ubranek dla młodszych chłopców Kazia i Jasia- nie było po prostu pieniędzy na krawca-z pomocą przyszedł nie kto inny jak Wincenty: „ Daj mamo kawałek sznurka, ja wezmę z chłopców miarę i uszyję”. Tak też się stało. Ubrał braci, babcia patrzyła na to z niedowierzaniem. Ale to była prawda!
Takich jak on „Janków Muzykantów, Antków” było niegdyś wielu. Oni  ze względu na swój status, na  pozycję społeczną nie mogli się uczyć i rozwijać swoich talentów.
Kiedy sytuacja zmieniła się na tyle, że można było odwiedzić swoich bliskich w Polsce, mój wuj nie mógł się pogodzić z ówczesnym ustrojem, a szczególnie z podziałem granic. Marzył o Polsce z Wilnem i Lwowem. Dziś nie ma  go wśród żywych . Zginął tragicznie obok własnego domu potrącony przez motocykl. Powyższą historią z pewnością zainteresuje się Antoni, syn Wincentego i jemu właśnie dedykuję tę stronę.  Wiem, że podobnie jak my tu w Polsce zawsze byliśmy dumni z wuja, tak i on jest dumny ze swego ojca – Małego – Wielkiego człowieka”

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Takie jest życie

Nie było mnie tu jakiś czas , ale nie dlatego ,że lekceważę wszystkich tych , którzy czytają mego bloga.
Jestem osobą w podeszłym wieku, nic więc dziwnego, że dopadają mnie różne dolegliwości. Tym razem zmuszona byłam poddać się zabiegowi artroskopii kolana. trafiłam do Lubuskiego Ośrodka Rehabilitacyjno- Ortopedycznego  im.   dr. Lecha Wierusza w Świebodzinie. Zgłosiłam się 2 stycznia na Oddział  Ortopedii A. Już w pierwszym dniu przeprowadzono wstępne badania. Pani anestezjolog Mariola S. przeprowadziła ze mną  dokładny wywiad. Jej sposób podejścia do pacjenta  uwolnił mnie od panicznego strachu przed tym , co mnie czekało – nigdy nie byłam operowana , bałam się znieczulenia , właściwie wszystkiego.  Na drugi dzień o godz. 17.00 miałam zaplanowany zabieg. Po przywiezieniu na salę operacyjną zaniemogłam, lecz po pół godzinie doszłam do normy , poczułam się lepiej. Była to zasługa dr. Filipa Adamcewicza i towarzyszących mu asystentów i pielęgniarek. Mimo swojego lęku, zdecydowałam się śledzić przebieg zabiegu na monitorze. Lekarz objaśniał mi anatomię kolana i schorzenia na nim widoczne . widząc swoją zrujnowaną chrząstkę w postaci frędzelków , zapytałam doktora, czy te ubytki  się zregenerują. Nie pozostawił mi złudzeń  i odpowiedział z humorem:” tak, po śmierci”. Pewnie miał rację. 
Przyszła pora na spotkanie z rehabilitantem. Zademonstrował mi zestaw ćwiczeń , które miałam i mam wykonywać  w domu. Poza tym uczył  mnie chodzenia o kulach, co okazało się wcale niełatwe.  Był przy tym bardzo cierpliwy i miły , za co jestem mu bardzo wdzięczna. 
W swoim długim życiu zdarzyło mi się wielokrotnie przebywać w różnych szpitalach i różne mam na ten temat spostrzeżenia. Wiadomo, że służba zdrowia od dłuższego czasu boryka się z różnymi trudnościami, to nie powinno jednak mieć wpływu na pacjenta. Doświadczyłam tego osobiście właśnie w Świebodzinie. Tam chory traktowany jest wyjątkowo, czuje się ważny ze swoimi dolegliwościami. Atmosfera cudowna , dużo empatii. Odziałem ortopedii kieruje doc. dr Jacek Kaczmarczyk i robi to świetnie, jest naprawdę dobrym gospodarzem.                                                                              O szpitalnych obiadach krążą legendy, że niesmaczne , że małe porcje, że salowe niemiłe. Ale nie w Świebodzinie, tam wszystko jest na medal! Teraz jestem już w domu, powoli dochodzę do równowagi, mam czas na refleksje i nasuwa mi się w tej chwili jedna: chciałabym podziękować całemu personelowi Oddziału Ortopedii A za to , ze pozwolił mi uwierzyć , że są jeszcze szpitale,  lekarze , pielęgniarki, które traktują pacjenta z życzliwością , zrozumieniem , cierpliwością, o które w dzisiejszym świecie tak trudno.

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.