niedziela, 23 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Czytelnikom mojego bloga składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Dużo zdrowia, wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i wielu szczęśliwych chwil. Moje milczenie nie wynikało z ignorancji, ale z poważnych problemów zdrowotnych. Jeśli uda mi się pokonać „choróbska”, postaram się nadrobić zaległości. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

czwartek, 3 maja 2012

Wspomnienie o wuju Kazimierzu

 Kolejną opowieść poświęcam drugiemu swojemu wujowi Kazimierzowi urodzonemu w 1920 roku, należącemu do tzw. pokolenia dramatycznego, tragicznego . Wiele faktów pamiętam, znam z autopsji, opowieści mojej mamy , a przede wszystkim z relacji najmłodszej  córki wuja-Urszuli, która była wdzięczną  słuchaczką  opowiadanych przez ojca historii.
Dotyczyły one dzieciństwa, zainteresowań, psot dziecięcych. Te ostatnie miały miejsce głównie w szkole  - przywiązywanie do ławki  warkoczy dziewczęcych, strzelanie do wróbli z procy, wrzucanie do ognisk czegoś, (??) co wybuchało.
Wuj opowiadał o historii, która zdarzyła się w czasie świąt Bożego Narodzenia, przed wojną, kiedy to wspólnie z kolegami wędrowali z Gwiazdą Betlejemską przez las. W oddali słyszeli wycie wilków, których w wołyńskich kniejach było dużo i zagrażały bezpieczeństwu okolicznych wiosek.  Chłopięca brawura pokonała lęki.
Potem była opowieść o śmierci ojca Stanisława, który umierał w domu , w otoczeniu bliskich.  Najmłodszy z braci – Janek nie rozumiał, że tato nie żyje i umarłemu skarżył się ,że Wicek zabrał mu piłkę….
Wiele wzruszających, wyciskających łzy z oczu wspomnień dotyczyło matki- Adeli ,którą wszystkie dzieci darzyły ogromnym uczuciem. Po śmierci ojca starsze rodzeństwo : Wincenty, Antoni, Wiktoria i Maria wspierali się w każdej , trudnej sytuacji i pomagali  matce we wszystkim.

Lata mijały, Kaziu w szkole był dobrym uczniem, miał wszechstronne zainteresowania, szczególnie zaś wykazywał talent plastyczny- lubił malować pejzaże,  portrety ze zdjęć. Niestety sytuacja materialna rodziny nie pozwoliła mu na kontynuowanie nauki i rozwijanie swoich pasji.
Wybuchła wojna . Wspomnienia z tego okresu są fragmentaryczne. Wuj niewiele mówił o tym trudnym  dla niego czasie.
Do wojska został powołany chyba już pod koniec kampanii wrześniowej. Opowiadał, jak dowódca poinformował żołnierzy, że Polska została zaatakowana z obu stron, że jest odgórny rozkaz o zaprzestaniu walk. Żołnierze mieli wracać do swoich domów małymi  grupkami z dala od dróg , by nie zwracać uwagi okupanta.
Kazimierz wrócił do Komaszówki.
Wspólnie z matką i rodzeństwem gospodarzyli. Początki  okupacji niemieckiej były trudne, lecz w miarę stabilne na tych terenach dla ludzi pokroju robotniczo-chłopskiego.
Potem niestety działo się już tylko gorzej. Polacy zaczęli obawiać się nie tylko Niemców i Rosjan, ale także Ukraińców . Źródło nienawiści miało swój początek w odległej historii. Lata niesnasek, upokorzeń miały tragiczny finał. Ukraińcy zaczęli napadać i mordować ze szczególnym okrucieństwem. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Polacy zmuszeni byli opuszczać swoje domostwa i uciekać do miasta. Podobnie uczynił Kazimierz z matką i najmłodszym bratem Jankiem.  Wyjechali do odległego o 20 km Dubna. Zamieszkali w suterenie kamienicy. Miasto było przepełnione uciekinierami z okolicznych wsi. Polacy mogli się ukryć tylko tu.
 Nie było wesoło, należało znaleźć jakąś pracę, by móc egzystować. Wuj Kazimierz znalazł zatrudnienie w miejscowej  bekoniarni, a Jan opiekował się matką i dobytkiem, który udało się ukryć przed bandytami.Niemcy organizowali łapanki na ulicach miasta, wchodzili do mieszkań- potrzebna im była siła robocza. .  Utkwił w mojej pamięci epizod. Było niedzielne popołudnie, do babci przybiegła sąsiadka, oznajmiając, że Niemcy „składają wizyty”. W tej panice babcia Adela kazała swoim synom Kaziowi i Jankowi położyć się do wyrek ( zastępowały łóżka). Zawiązała im głowy chustkami, upozorowała  tyfus. Weszli Niemcy i zobaczyli młodzieńców z zawiązanymi  głowami. Kiedy spytali: typhus
?- babcia skwapliwie potwierdziła. Czym prędzej opuścili suterenę, bojąc się zarazić. Wtedy Kazimierz uznał, że trzeba walczyć. Do Dubna dochodziły słuchy, że w pobliskich lasach istnieje partyzantka i uaktywnia się w działaniach dywersyjnych   ( wysadzanie pociągów  z niemieckim wojskiem, uzbrojeniem, niszczenie mostów itp.). Dwudziestotrzyletni wuj  nie zwlekał ani chwili. Wspólnie z kolegami zaciągnął się do „leśnych”. Pamiętam , jak smutne było jego pożegnanie z bliskimi, szczególnie z matką, która błogosławiła go i włożyła na szyję medalik Matki Boskiej Szkaplerznej ze słowami: „Synu, niech Ona cię strzeże od złego i pozwoli wrócić zdrowym. W trudnych chwilach módl się do niej”. Uściskom i łzom nie było końca.
Kazimierz trafił do lasu, do grupy partyzantów. Najgorsza była zima , „leśni” mogli liczyć tylko na dobrą wolę przychylnych im ludzi. Czesi, a nawet niektórzy Ukraińcy potajemnie zaopatrywali ich w żywność. Babcia wypłakiwała oczy,: „Nie ma Kazia, czy go jeszcze zobaczę?”

Niemcy byli czujni, straty ponosili duże, organizowali wypady do lasu, przeszukiwali szlaki , wypytywali miejscową ludność- ta nie zdradzała. Jednak udało im się okrążyć i ująć mały oddział partyzantów i wszystkich pojmać do niewoli. Wśród nich był mój wuj Kazimierz, od niego wiem, że wykorzystywano jeńców jako siłę roboczą do kopania rowów, konserwacji maszyn bojowych.

W trakcie jednej z takich prac  wuj nadzorowany przez uzbrojonego Niemca  postanowił uciec. Nie było to proste, a jednak udało mu się, uderzył nadzorcę jakimś metalowym narzędziem w głowę , a sam wziął nogi za pas pędził przed siebie. W oddali widział las i pole z kupkami obornika. Pomyślał, że najbezpieczniej będzie skryć się za nimi. Niemcy nie domyślą się ,że może być tak blisko, raczej mieli na uwadze las. Po jakimś czasie słyszy dolatujące go szczekanie psów i krzyki Niemców. Był mróz, a jemu koszula przymarzła do ciała, tak leżąc , ręką przyciska do serca  medalik od matki. Serce w nim zamarło . Są tuż 40 m od niego! Pies prowadzi !Ale nagle skierował się w stronę lasu. Jakaż ulga!! Czyż nie cud?
Tak przeleżał w tym oborniku do wieczora. Potem   skierował swoje kroki do lasu i szedł, by znaleźć jakąś osadę. Nad ranem trafił  w pobliże wsi czeskiej, zaryzykował wstąpić do jednego z domów. Życzliwa Czeszka poczęstowała go śniadaniem. Dowiedział się też od niej, że w lesie są partyzanci i że wioska ich wspomaga. Tą drogą dołączył do partyzantów , była to grupa mieszana- Polacy i Rosjanie. Wszystkim przyświecała jedna myśl: walka z wrogiem. Nastał kolejny rozdział jego losów. Dowiedział się o tworzeniu polskiej armii w ZSRR. Zgłosił się tam został wytypowany do szkoły oficerskiej w Riazaniu. Tam został poddany szkoleniu bojowemu i ideologicznemu. Sceptycznie  odnosił się do komunistycznej ideologii, ale podporządkował się w imię wyzwolenia ojczyzny z niemieckiej okupacji. Pamiętam z wypowiedzi wujka wspomnienie walk pod Warszawą. Tam żołnierze dostali rozkaz, by czekać i nie podejmować walki, choć w stolicy trwało powstanie!
Rosjanie czekali, aż powstańcy poniosą ostateczną klęskę, Polacy zaś nie rozumieli takiego stanowiska, przecież tam ginęli rodacy. Wtedy najprawdopodobniej zachwiało się w Kazimierzu przekonanie, że walczy w 100% w słusznej sprawie.

Nikomu nie opowiadał o samych walkach, a raczej wspominał życie żołnierskie, atmosferę w armii, żołnierskie przyjaźnie. Najwięcej wspomnień wiąże się z ostatnimi dniami wojny, kiedy wuj uczestniczył w krwawych walkach w rejonie Kołobrzegu. Zostały one opisane w książce „ Na polach Branenburgii” , trwały w dniach 2-3 maja 1945 rok. Na stronie 367 czytamy: ”dowódca plutonu w 9 kompanii ppor. Kazimierz Lewicki, ruszył prosto na niemiecki cekaem, który znowu otworzył ogień, zlikwidował pięciu hitlerowców, a trzech wziął do niewoli. Jeszcze krótka walka fizylierów między zabudowaniami i wieś została opanowana”. Wuj za ten czyn otrzymał order „Krzyż Walecznych”.

Wspominał też ,że żołnierze niemieccy wzięci do niewoli, zostali straceni z rąk rosyjskiego dowódcy. Podobno Kazik wstawił się za nimi, bo byli bardzo młodzi .Dowódca z wściekłością odpowiedział mu: naszych tylu zginęło , a ty  wstawiasz się za nimi? Podczas tych walk zginął przyjaciel Kazimierza porucznik  Alejski, żołnierz , który miał rodzinę, żonę , dzieci i oczekiwał narodzin syna. Tak jak wszyscy bardzo tęsknił za nimi , cieszył się ,że już niebawem  być może będzie mógł ich wszystkich uściskać. Niestety życie napisało inny scenariusz. Trafiony pociskiem w głowę , umarł na rękach przyjaciela-Kazimierza. Po latach jego syn odnalazł mego wuja. Był już dojrzałym, wykształconym mężczyzną, interesował się historią II wojny światowej, żył pamięcią o bohaterskim ojcu. Kazimierza nazywał drugim ojcem, bo on towarzyszył jego tacie w ostatnich chwilach. Znajomość ta trwała przez wiele lat. Młody Alejski odwiedzał wuja , pamiętał o kartkach świątecznych, przekazał mu książkę „Na polach Branderburgii”. Kazimierz  bardzo sobie cenił tą znajomość.
Jedną z największych operacji strategicznych  podczas II wojny światowej, w jakiej brał udział wuj  była  tzw. operacja berlińska armii radzieckiej i działającego w jej składzie wojska polskiego. Żołnierzy polskich kierowano na pierwszą linię w szturmie o Berlin. Operacja ta stanowiła poważny wkład w dzieło ostatecznego rozgromienia Niemiec.
Po zakończeniu wojny wuj został skierowany ze swoją jednostką w Bieszczady, gdzie trwały walki z niedobitkami band UPA.  Tam spotkał się z przywódcą  polskiej partyzantki , jednym z tych, którzy nie chcieli zaakceptować nowej powojennej rzeczywistości. Był to Józef Kuraś ps. Ogień , ścigany, poszukiwany przez nową władzę. Siedzieli przy jednym stole w karczmie ( gospodzie?), rozmawiali. Kiedy Ogień przedstawił się, sytuacja  wydawała się być groźna .Wszak stali po dwóch różnych stronach barykady. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi. Rozeszli się w pokoju, choć nikt nie wie , o czym rozmawiali. Były to czasy słodko-gorzkie , bo z jednej strony wojna się skończyła, a z drugiej wcale nie byliśmy wolni. Kazik wierzył, że Polska jest wolna i niepodległa, o taką przecież walczył, poświęcił swoje młode lata, a tymczasem miał się przekonać, że fakt posiadania brata w Anglii                         ( znanego z wcześniejszego postu Wincentego) zamknął mu drogę kariery wojskowej (został usunięty z wojska).

Po wojnie Kazimierz przez Polski Czerwony Krzyż uzyskał informacje o śmierci ukochanej matki  w niemieckim lagrze w Lichtenbrgu, w Saksonii na dwa miesiące przez zakończeniem wojny.
Za pomocą tej samej instytucji odnalazł  całą rodzinę , która po wojnie trafiła na Ziemie Odzyskane.
Lata mijały , wuj założył rodzinę, urodziły mu się  trzy córki. Nastał czas, kiedy życie miało stać się szczęśliwe i spokojne. Lata wojennej traumy odcisnęły jednak swoje piętno na nim. Z wesołego , spokojnego chłopaka stał się nerwowym, impulsywnym człowiekiem. Jego serce jednak pozostało jednak nienaruszone, nadal był pełen żarliwej miłości i czułości do bliskich. Małżeństwo  okazało się polem  ciągłej bitwy, niespełnionych oczekiwań i nadziei. Jedno jest pewne : zawsze , do końca nie przestał kochać żony. Dla Urszuli ojciec pozostanie na zawsze bohaterem dnia codziennego, bohaterem w walce z przeciwnościami losu, chorobą, o zachowanie rodziny. Syn Uli, Kacper do dziś pamięta dziadka, który pomimo zaawansowanego wieku i wielu chorób , niepewnym krokiem , o lasce przyjeżdżał do Poznania, by odwiedzić ukochanego wnuka- zawsze uśmiechnięty, z ogromną miłością w oczach. Rodzinny, otwarty, szczery ,szlachetny, wspaniały człowiek.  Takiego pamiętamy go wszyscy, choć od wielu lat nie ma go wśród nas.





czwartek, 12 kwietnia 2012

Przepraszam

Przepraszam za usunięcie dwóch komentarzy. Nie było to mą złą wolą – stało się to na skutek edycji tekstu.

Czy los tak chciał?

Rodzimy się po to, by umrzeć.
Czwartego listopada 2000 roku o godzinie czternastej żałobne dzwony obwieszczają odejście swego Parafianina.
Tłumy ludzi zgromadzone w kościele i wokół przyszły pożegnać swego wieloletniego sąsiada, przyjaciela, kolegę.
Ceremonia pogrzebowa rozpoczęła się mszą święta w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Podlegórzu. Po mszy kondukt żałobny wyrusza na cmentarz położony obok kościoła na wzgórzu. Na cmentarzu panuje cisza. Z szelestem spadają liście z drzew,przyroda usypia. Zasnął też i Janek – ale On na wieki.
W trakcie pochówku trąbka gra „Ciszę”. Następuje chwila pożegnania. Przyszli ci, którym imponowało skromne, uczciwe życie mojego Męża –miał niewątpliwe poszanowanie u ludzi. Świadczą o tym tłumy ludzi przybyłych z odległych miejscowości, załoga Prodwodrolu na czele z dyrekcją.
Najbardziej wzruszające było pożegnanie mego Brata Karola,którego spontaniczna mowa wychodziła z potrzeby serca i była szczerym wyrazem zadumy, jak kruche jest życie ludzkie, dlatego słowa księdza Jana Twardowskiego,„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”, były i są aktualne.
„Byłeś dla mnie jak Ojciec, tego Ci nie zapomnę drogi Szwagrze”.
Nie było osoby, której by te słowa nie wzruszyły. Cóż mówić o wnuczkach, które kochał, nosił na rękach, woził samochodem do lasu, żeby„pobierały” energię z drzew. „Cieszę się dopóki są małe, mogę je przytulać,nosić, śmiać się z  ich wypowiedzi…” Jak zapomnieć takiego Dziadka?
Rozpacz i żałoba okryły całą rodzinę.
Zostałam sama, ale mimo wszystko Janek odwiedza mnie we śnie. W tych krótkich momentach tracę poczucie między jawą a snem i chcę by te chwile trwały wiecznie. Niestety, to niemożliwe. Budzę się i Go nie ma – tylko ja i szara rzeczywistość.
Córki z rodzinami okazują mi wiele ciepła i serdeczności.Cieszy mnie, że tak dobrze je wychowaliśmy – były i są naszą dumą. Muszę pogodzić się z losem, który od dziecka nie był dla mnie łaskawy. Nowe obowiązki, całość na mojej głowie.
Pozostał smutny sad, zasadzony przez Janka przed pięćdziesięciu laty. Kto o niego zadba? Janka nie ma….A ja nie mogę zrobić przykrości Mężowi – postanowiłam kontynuować Jego „dzieło”.
W porze wiosennej należy obcinać pędy tzw. wilki. Dolne partie obcinam sama. Do drzew wysokopiennych wynajmuję sąsiada. Wszelkie zabiegi pielęgnacyjne trzeba było wykonywać wg kalendarza. Staram się o tym pamiętać, mając na uwadze, że Janek patrzy z góry i cieszy się, że nie zaniedbuję tych spraw. Mam do własnej dyspozycji ogródek warzywny i kwiatowy, w którym poza orką wszystkie prace wykonuję sama. Lubię patrzeć jak roślinki rosną i z dnia na dzień są większe. To oczywiście wymaga pracy, ale jak się lubi , to sama przyjemność.
Przeprowadzam też sukcesywnie remont domu. Było praktycznie wszystko, ale chciałam go zmodernizować: nowoczesna łazienka, nowe okna ze szprosami, centralne ogrzewanie. Jest bardzo przyjemnie mnie i mojej rodzinie,która nota bene była w to zaangażowana.
Jesień bogata w owoce, warzywa. Robię przetwory na zimę  – zawsze z nadwyżką. Córki robią dla siebie,bo nie chcą obciążać Mamy. Z nadwyżką nie mam problemu, dzielę się z sąsiadami,mam z tego satysfakcję, że smakują. Mój brat Karol często mnie odwiedza, jest na emeryturze. Nadmienię, że to pracoholik, który lubi ład i porządek. Usuwa wszelkie usterki, inspiruje do nowych wyzwań. Mogę na Nim polegać. Rozumiemy się bez słów. Wdzięczna też jestem sąsiadom, którzy dawali mi wsparcie,ofiarowywali wszelką pomoc, wspierali psychicznie. Może to „powracająca fala”(Prusa)?
Janek też był życzliwy i pomagał ludziom w potrzebie. Mając pomoc i życzliwość, życie staje się łatwiejsze i radośniejsze.  Przytoczę tu słowa Epikura: „My nie potrzebujemy pomocy, przyjaciół, ale wiary, że taką pomoc możemy uzyskać.” Święte słowa.
 Zewnętrznym symbolem pamięci jest postawiony nagrobek, na którym widnieje napis: „Na co za życia zasłużył, to na wieki otrzyma”.
Śmierć jest początkiem nowego życia – „jak jest?” –zapytamy. Ludzki umysł nie jest w stanie tego zrozumieć ani pojąć. Pozostaje wierzyć.
Czwartego listopada 2011 roku minęło już jedenaście lat od śmierci Męża. Zdrowie już nie to, a z wiekiem przybywa chorób. Niektóre z nich pokochałam, ale są takie, że się nie da pokochać. Marzeniem moim jest jak najdłużej być samodzielną. No niestety, marzenia nie spełniają się. Doskwiera SKS (Starość Kurcze Starość…). Mam poważne problemy  z poruszaniem się, ale nie narzekam, choć to leży w naszej mentalności. Cóż to da?
Smuci mnie to, że jak zwykle co tydzień sprzątałam grób Męża,zapalałam znicze, przekazywałam wiadomości. On telepatycznie również mnie wspierał, pocieszał, doradzał. W moim przypadku czas nie uleczył ran lecz lekko je zabliźnił.
Obecnie tak często nie mogę odwiedzać Męża, bo dzieli mnie duża odległość. Jestem na rekonwalescencji u córki.
Wiem jedno – zmarli żyją, jak długo żyją w naszej pamięci.


sobota, 7 kwietnia 2012

Tradycja nie powinna zginąć w narodzie

Święta Wielkanocne to szczególne przeżycie dorosłych i dzieci. Przyroda budzi się do życia, zielenią się drzewa, rozkwitają pierwsze wiosenne kwiaty.
Przed Świętami jak zwykle wszędzie przeprowadza się gruntowne porządki. Same przygotowania potraw, smakołyków zabiera wiele czasu. Nam dzieciom dużo radości sprawiało pójście do Kościoła z tradycyjną święconką – był to także pretekst do naszych dziecięcych spotkań towarzyskich. Szłyśmy zawsze razem z koleżankami święcić pokarmy. Radość napełniała nasze serca, a prócz pięknie przystrojonych koszyczków, każda z nas miała na sobie coś nowego – istna rewia mody. Mamy troszczyły się, aby ich pociechy ładnie wyglądały.
Moja Mama miała niezwykły smak – ubierała mnie może nie drogo, ale z gustem. Nie chwaląc się, czułam się wyróżniona.
Od Wielkiego Piątku do Wielkiej Soboty trwał ścisły post. Pościli wszyscy – dzieci i dorośli, a potrzebą duchową był udział w adoracji grobu Pańskiego.
Zmartwychwstanie czciliśmy uroczystym śniadaniem podczas pierwszego dnia, dzieląc się symbolicznie jajkiem i składając życzenia. Kiszki grały marsza! Och jak wszystko smakowało!!! Kiełbaski, szyneczka wiejska uwędzona jałowcem, świeże masełko, baby lukrowane, wielkanocne mazurki – pycha! Oczywiście najwięcej frajdy sprawiały nam pisanki i jajka farbowane w cebulniku (jajka gotowane w łupinkach cebuli). Wychodziły piękne kolory, trwałe, nie brudzące rąk.
Zwyczajem w naszym domu (i nie tylko) było „cukanie” jajkami. Pytanie jak znaleźć mocne jajko. Dowiedziałam się, że należy nim lekko uderzać o zęby. Jak słychać dźwięk czysty – to znaczy, że jajko jest mocne. Trwało to trochę zanim je wyszukano. Każde stłuczone jajko zabierał zwycięzca. Udało mi się zbić pięć jaj i trzeba było je zjeść. Łamałam zasadę – pozostawiałam je pokonanym.
W drugi dzień świąt obchodzono Śmigus – Dyngus. Od samego rana, jeszcze przed pójściem do Kościoła, ja z bratem oblewaliśmy wodą naszą Mamę (z butelki). Mama nie pozostawała dłużna – i też nas symbolicznie pokropiła! Ale to dopiero po przyjściu z mszy zaczynała się prawdziwa frajda – młodzież i dzieci wybiegały na ulicę z wiadrami pełnymi wody i oblewali się nawzajem. Panienki i podlotki były w gorszej sytuacji – chłopcy potrafili je oblać, nie pozostawiając na nich suchej nitki. Wesoła tradycja – nikt nie miał do nikogo żalu i nikt nie był nikomu dłużny.
Tradycje wyniesione z domu rodzinnego przeniosły się na moją rodzinę i na rodziny moich dzieci. Mam nadzieję, że z czasem nie ulegną zapomnieniu.

piątek, 6 kwietnia 2012

czwartek, 22 marca 2012

MŁODOŚĆ,MIŁOŚĆ, ŻYCIE CZĘŚĆ II

W nawiązaniu do części pierwszej , po przeanalizowaniu komentarzy , chciałabym jeszcze wyjaśnić, że
moje wspomnienia może nie wszystkim się podobają, szczególnie młodym ludziom. Osobiście jestem – jak mi się wydaje- osobą tolerancyjną- jednak są sprawy , obok których trudno mi jest być obojętną . Razi mnie bardzo wulgarność , agresja , nawet słowna. Nie omieszkam wspomnieć , że za moich czasów można było spotkać również osoby obdarzone wybujałym temperamentem, które dawały mu upust.  Nie cieszyły się dobrą opinią. Dziewczyny, które ulegały słabościom, były piętnowane, a jeśli z tych częstych i niejednokrotnie przypadkowych związków rodziły się dzieci, nazywano je znajdami i bękartami. Było to moim zdaniem obraźliwe i krzywdzące. Cóż dziecko winne? 
Z perspektywy lat dochodzę do wniosku, że moralność w narodzie bierze swój początek w rodzinnym domu , a ma na to wpływ wiele czynników ot choćby  ustrój, środowisko, grupa rówieśnicza. Może będę niesprawiedliwa, ale wydaje mi się że negatywny wpływ wywarła kultura Zachodu. Trendy mody , wolne związki , agresja , przemoc, brak autorytetów, a przez to zatracenie   samego siebie. Na szczęście człowiek ma rozum i wolną wolę. Sam musi wybrać , co dla niego najlepsze.
Jestem przekonana, że moje moralizowanie spotka się z falą krytyki ( oby na poziomie). Stara baba- co ona wie o przyjemnościach tego świata. Z pokorą przyjmę uwagi, lecz będę twardo broniła  staroświeckich zasad.
W tej części wspomnę o moim mężu, naszym wspólnym życiu, naszej małej rodzince.
Mąż po ślubie wyjechał do wojska. Nadal trwała ożywiona korespondencja, zmienił się tylko nagłówek : Kochana żoneczko.  Nadchodzi straszny  dzień w moim życiu. W tragicznych okolicznościach ginie moja mama – spada ze schodów, ma zaledwie 48 lat. Zostaje 8 hektarów  ziemi,  inwentarz i 15-letni brat Karol. Mąż w Ustce, ja pracuję w odległej o  50 km miejscowości. Cóż było robić? Rodzice męża zaopiekowali się gospodarstwem , a jego babcia zamieszkała z Karolem. Już wtedy dojeżdżał do liceum  ogólnokształcącego  w Sulechowie ( potem przeniósł się do technikum rolniczego w Strzelcach Krajeńskich). Na dłuższą metę tak żyć nie można było. Staram się o przeniesienie do pracy w rodzinnej miejscowości, w sam raz jest wolne miejsce. Mężowi udaje się ze względu na szczególną sytuację załatwić zwolnienie z wojska. Wraca do pracy do Warszawy, to jednak w żaden sposób nie rozwiązuje problemu. Po kilki miesiącach zwalnia się , w międzyczasie dostaje pracę w sulechowskim „Prodwodrolu” na stanowisku głównego mechanika i kontrolera produkcji. Jest już lepiej . Działamy na dwóch frontach – zawodowo i utrzymujemy gospodarstwo po mamie. Nie było  to łatwe. Mieliśmy jeszcze pod opieką mego brata. Należało otoczyć go opieką , okazać serce, ciepło , serdeczność, zadbać o jego edukację .Mąż traktował go jak syna. Utkwił mi w pamięci wzruszający, moment, kiedy  Janek pojechał do Zielonej Góry , aby kupić mu ubranie na bal maturalny. We wcześniejszej rozmowie zasugerowałam , by był  ładny , niezbyt drogi. Wówczas on się oburzył, mówiąc : „kupię sierocie najdroższy i najładniejszy, niech się nie czuje gorszy wśród kolegów”.
Wzruszyłam się , nie okazując tego. Pomyślałam:” jaki z ciebie dobry człowiek”.  Wiele wtedy zyskał w moich oczach.Mieli  ze sobą świetne relacje- ojcowsko-koleżeńskie. Cieszyłam się ,że brat nie odczuje tak bardzo sieroctwa, wiedząc ,że ma w nas oparcie. Byliśmy z niego dumni. Dyrektor technikum , Pan Dubowik miał zwyczaj wysyłać listy gratulacyjne do rodziców wyróżniających się uczniów. My też takie otrzymywaliśmy.  To był nie tylko dobry nauczyciel ,ale i dobry człowiek. Znając sytuację Karola , trochę mu „ojcował”. Mijały lata, mój brat ukończył studia w Szczecinie. W międzyczasie ilekroć był w Strzelcach ( np. u rodziny), zawsze znalazł czas, by odwiedzić swego  dyrektora. Kiedy Pan Dubowik zmarł, odwiedzał jego grób na cmentarzu , zapalając znicze. Tylko w taki sposób mógł okazać mu swoją pamięć i wdzięczność.
Moje małżeństwo nie było usłane różami. Nie było mowy o wczasach , rozrywkach . była ciężka praca, ale wspólna, byliśmy młodzi, byliśmy razem , a więc szczęśliwi. Jak wyglądał nasz dzień powszedni?
Wstawało się bardzo wcześnie nawet o 3, 4 godzinie ( szczególnie w porze letniej),  2 krowy mąż pędził na łąkę oddaloną o pół godziny drogi od domu. Gdy tylko wracał , zaraz musiał jechać na 7.00 do pracy w Sulechowie. Po powrocie do wieczora pełne ręce roboty, w domu , w polu , przy inwentarzu. Ja pracowałam na miejscu, to do mnie należał obowiązek przygonienia krów z pastwiska, dojenie, typowe kobiece prace w domu i dodatkowo przygotowanie do lekcji ( pisanie konspektów).
Wielu czytelników mojego bloga pytało, jakim Janek był mężem    ojcem. Z perspektywy czasu, obserwacji i porównań mogę z całą stanowczością stwierdzić , że był dobrym mężem, dbał o dom, pomagał mi , co ważne- mogłam na niego liczyć .Nie był na pewno idealny, ale któż jest?
Zanim został moim mężem, już wiedziałam ,że będzie dobrym ojcem. Powiedziała mi to moja mama, obserwując, jak  Janek opiekuje się swoją kilkumiesięczną  siostrzenicą . Chłopcy w jego wieku wstydziliby się pchać wózek z dzieckiem przez wieś . On to robił z przyjemnością. Doczekaliśmy się dwóch córek. Różnica wieku była dość znaczna- 9 lat. Wspaniale sprawdzał się w roli ojca. Np. kiedy urodziła się  młodsza córka , przywiózł do szpitala kolekcję różnych czapeczek i smoczków . Niektóre były tak  ciężkie ( w kształcie głowy kota) , że wypadały dziecku z buzi. Z jedzeniem dla maluchów nie było kiedyś tak łatwo. Trzeba się było sporo natrudzić , by zdobyć np. mleko w proszku  ( wg zaleceń lekarza) dla starszej latorośli. Janek niejednokrotnie wyjeżdżał do Leszna , do Poznania po to mleko.
Świetnie sobie potrafił poradzić z dziećmi , kiedy mnie akurat nie było – karmienie , kąpiele, pranie pieluch  nie było problemem.  Mogłam spokojnie wyjeżdżać na różne kursy metodyczne ( najczęściej w czasie wakacji) bez obawy , że dzieciom  będzie się działa krzywda. I tak płynął dzień za dniem, rok za rokiem. Dziewczyny dorosły, skończyły studia, założyły rodziny, urodziły nam się wnuczki ( różnica wieku podobna -10 lat). Wydawałoby się ,że tak naprawdę nic nam więcej do szczęścia nie potrzeba oprócz zdrowia. I właśnie jego brak stał się którego dnia przyczyną kolejnej tragedii w moim życiu. Janek w wieku 65 lat umiera na zawał. Zostaję sama. Zaczął się dla mnie zupełnie nowy rozdział . O tym w kolejnej części.
Dziękuję za wszystkie komentarze, szczególnie zaś za te dla mnie pozytywne, ciepłe, serdeczne. Ze zdrowiem lepiej nie jest. Pozdrawiam.


                                                 Z wizytą u braciszka Karolka w Czechowie

poniedziałek, 5 marca 2012

Młodość , miłość, życie część I

Czytelnicy mojego blogu sugerują, żebym wspomniała o latach swojej młodości, młodzieńczych miłostkach , pierwszym poważnym zakochaniu i sfinalizowaniu tego uczucia.
Wiemy z doświadczenia i obserwacji, że już w przedszkolu nawiązują się przyjaźnie, „zauroczenia”, które mogą trwać aż do szkoły podstawowej a może i dłużej. Bywają przypadki ,że kończą się one małżeństwem.
Często słyszy się :”znaliśmy się od dziecka”. Tak było w moim przypadku. Już w klasie trzeciej szkoły podstawowej spodobał mi się kolega Janek. Zauważyłam, że i on darzy mnie sympatią, czego dowodem były często wręczane bukieciki kwiatów. Zaloty w klasie objawiały się pociąganiem za warkocze .Mnie ta forma zupełnie nie odpowiadała. Naskarżyłam więc na niego wychowawczyni. Konsekwencją tego była wizyta ojca Janka w szkole i kara cielesna wymierzona przy klasie- na środku klasy postawił krzesło i paskiem zdzielił syna po miękkiej części ciała, mówiąc , pamiętaj ,że masz się na lekcji odpowiednio zachowywać, żeby to była ostatnia taka moja wizyta w szkole. Tak reagowali rodzice w tamtych czasach, była jednomyślność w kwestii wychowania między domem a szkołą. Były tego zauważalne efekty w pracy wychowawczej i dydaktycznej. Z pewnością nie była to metoda pedagogiczna , ale na pewno skuteczna. Mam świadomość ,że moje stwierdzenie może wywołać kontrowersje i  zrozumiałą dyskusję .
Janek pozornie nie miało do mnie żalu o to. Potem jednak w kilku szkolnych sytuacjach dał mi odczuć , że jest inaczej. Np. nie pomógł mi z matematyki ( a orłem z tego przedmiotu nie byłam) , choć  był umysłem ścisłym.
Mimo trudnych warunków materialnych moja koleżanka Bronia, Janek i ja kontynuowaliśmy naukę. Wiem z późniejszych  opowiadań jego rodziców, że po podręczniki jeździł rowerem do miasta oddalonego o 30 km. Do siódmej klasy również dojeżdżał codziennie 8 km bez względu na porę roku, pogodę . Tyle w nim było samozaparcia, tak bardzo chciał się uczyć. W porównaniu z sytuacją Janka, nasza (moja i Bronki) wydawała się komfortowa. Obie mieszkałyśmy w internacie „Szarotka”, do szkoły było kilkadziesiąt metrów ( klasa wstępna – siódma LWP).
Po ukończeniu siódmej klasy Jan podjął naukę w Technikum Mechanicznym w Świebodzinie, mieszkał na stancji, potem w internacie .
My z Bronką kontynuowałyśmy edukację w sulechowskim Liceum Pedagogicznym. Przyjaźń trwała, spotykaliśmy się we trójkę raz na dwa tygodnie w wyjazdowe soboty. Wspólnie wracaliśmy do domu. Głównymi tematami naszych rozmów były sprawy szkolne. W niedzielne popołudnia lubiliśmy spacerować po wsi. W czasie wakacji bywaliśmy na potańcówkach . Przygrywał na harmonii  wiejski grajek. Był zwyczaj, że mamy chodziły z córkami , siadały na ławkach ustawionych pod ścianami i przyglądały się , jak bawią się ich pociechy.
Czas płynął. Dorastaliśmy.
Pamiętam sytuację, kiedy Janek odbywał wakacyjną  praktykę zawodową w Lesznie Wielkopolskim. Tęskniłam za nim bardzo, ale nigdy w życiu nikomu bym się do tego nie przyznała , a już jemu w szczególności. Co więc robiłam? Żeby nie  być „podejrzaną” o jakieś uczucia , wychodziłam sobie niewinnie z kozą na sznurku niby ją pasąc, a w rzeczywistości wypatrując , kiedy będzie wracał z dworca. Były to niby zupełnie przypadkowe spotkania ( świetnie przeze mnie zainscenizowane).
Miałam świadomość, że dziewczyna nie może narzucać się chłopakowi, wiedziałam też, jaką na ten temat ma opinię obiekt moich uczuć.
Ponieważ chodziłam do szkoły sfeminizowanej, często dyrekcja zapraszała uczniów z męskiej szkoły na  szkolne zabawy . Bywali u nas chłopcy z technikum leśnego w Rogozińcu, i mechanicznego ze Świebodzina. Młodzież bawiła się  do określonej godziny , nigdy nie było alkoholu, może niektórzy popalali gdzieś po kątach, ale ja tego nie widziałam. Na jednej z  zabaw nie byłam obecna z powodu choroby, Janek dowiedział się o tym od Bronki. O dziwo okazał się wiernym i spędził czas przy mnie na izbie chorych w internacie .Po zabawie wrócił z kolegami do Świebodzina. Bardzo mi to zaimponowało.
Wiosną spędzaliśmy wolny czas w moim sadzie. Słuchałyśmy ptasich koncertów, zachwycałyśmy się zapachem kwitnących akacji. Śpiewałyśmy z Bronią piosenki. Janek niestety talentów muzycznych nie posiadał, choć później okazało się ,że miał dobry słuch i wyłapywał wszelkie fałsze. Po ukończeniu szkoły średniej dostał pracę w Krakowie , potem jakiś czas pracował w Warszawie, ja w Świebodzinie, a potem w Jordanowie. Dzieliły na setki kilometrów , ale od czego sztuka epistolografii? Raz w tygodniu otrzymywałam od Janka list, pisał zawsze zielonym atramentem ładnym charakterem pisma . Styl i słownictwo zachwycało mnie wtedy , a moje córki znacznie później .Nie było w nich nic takiego, czego moglibyśmy się wstydzić . Po raz pierwszy ośmielił się napisać :”Kochana Irenko”, ja tylko : „Janku”( żeby nie był zbyt pewny). Okazją do spotkań były święta i urlopy. Z Warszawy powołano go do wojska- marynarki wojennej w Ustce. Korespondencja kwitła, dostałam zaproszenie na przysięgę, ale nie pojechałam – wg mnie nie wypadało. Dziś nie wiem, czy słusznie, ale wtedy taka właśnie była moralność.
W czasie jednej z przepustek Janek oświadczył się , poprosił mamę o moją rękę. Staliśmy się narzeczeństwem. Mój już narzeczony nalegał byśmy się jak najszybciej pobrali. Rodzice zaakceptowali ten pomysł.
Ślub odbył się 15 sierpnia 1957 roku w kościele filialnym w Podlegórzu. Wesele było huczne, gości tłum, pogoda cudowna , idealna na taką uroczystość. Byłam wzruszona i szczęśliwa. Rozpoczęliśmy wspólne życie…..   ( cdn)





                                                                       Z Jankiem


                                    

                                           Z bratem Janka Romanem i kuzynem Ryśkiem


                                                  

                                                 Przedszkole w Jordanowie – pierwsza praca




                                                                           Ja i Janek




                                                W tle Seminarium Duchowne w Paradyżu






                                                              Z przyjaciółką Bronką





                                                                         Janek Artysta






                                                   Z Karolem i kuzynami Kaziem i Andrzejem





                                                                   Nasz ślub 15.08.1957




                                                                       Z przyjaciółką Różą




                                                   

                                              Z przyjaciółmi Marysią i Czesiem Glazerami









Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.