Kolejną opowieść poświęcam drugiemu swojemu wujowi Kazimierzowi urodzonemu w 1920 roku, należącemu do tzw. pokolenia dramatycznego, tragicznego . Wiele faktów pamiętam, znam z autopsji, opowieści mojej mamy , a przede wszystkim z relacji najmłodszej córki wuja-Urszuli, która była wdzięczną słuchaczką opowiadanych przez ojca historii.
Dotyczyły one dzieciństwa, zainteresowań, psot dziecięcych. Te ostatnie miały miejsce głównie w szkole - przywiązywanie do ławki warkoczy dziewczęcych, strzelanie do wróbli z procy, wrzucanie do ognisk czegoś, (??) co wybuchało.
Wuj opowiadał o historii, która zdarzyła się w czasie świąt Bożego Narodzenia, przed wojną, kiedy to wspólnie z kolegami wędrowali z Gwiazdą Betlejemską przez las. W oddali słyszeli wycie wilków, których w wołyńskich kniejach było dużo i zagrażały bezpieczeństwu okolicznych wiosek. Chłopięca brawura pokonała lęki.
Potem była opowieść o śmierci ojca Stanisława, który umierał w domu , w otoczeniu bliskich. Najmłodszy z braci – Janek nie rozumiał, że tato nie żyje i umarłemu skarżył się ,że Wicek zabrał mu piłkę….
Wiele wzruszających, wyciskających łzy z oczu wspomnień dotyczyło matki- Adeli ,którą wszystkie dzieci darzyły ogromnym uczuciem. Po śmierci ojca starsze rodzeństwo : Wincenty, Antoni, Wiktoria i Maria wspierali się w każdej , trudnej sytuacji i pomagali matce we wszystkim.
Lata mijały, Kaziu w szkole był dobrym uczniem, miał wszechstronne zainteresowania, szczególnie zaś wykazywał talent plastyczny- lubił malować pejzaże, portrety ze zdjęć. Niestety sytuacja materialna rodziny nie pozwoliła mu na kontynuowanie nauki i rozwijanie swoich pasji.
Wybuchła wojna . Wspomnienia z tego okresu są fragmentaryczne. Wuj niewiele mówił o tym trudnym dla niego czasie.
Do wojska został powołany chyba już pod koniec kampanii wrześniowej. Opowiadał, jak dowódca poinformował żołnierzy, że Polska została zaatakowana z obu stron, że jest odgórny rozkaz o zaprzestaniu walk. Żołnierze mieli wracać do swoich domów małymi grupkami z dala od dróg , by nie zwracać uwagi okupanta.
Kazimierz wrócił do Komaszówki.
Wspólnie z matką i rodzeństwem gospodarzyli. Początki okupacji niemieckiej były trudne, lecz w miarę stabilne na tych terenach dla ludzi pokroju robotniczo-chłopskiego.
Potem niestety działo się już tylko gorzej. Polacy zaczęli obawiać się nie tylko Niemców i Rosjan, ale także Ukraińców . Źródło nienawiści miało swój początek w odległej historii. Lata niesnasek, upokorzeń miały tragiczny finał. Ukraińcy zaczęli napadać i mordować ze szczególnym okrucieństwem. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Polacy zmuszeni byli opuszczać swoje domostwa i uciekać do miasta. Podobnie uczynił Kazimierz z matką i najmłodszym bratem Jankiem. Wyjechali do odległego o 20 km Dubna. Zamieszkali w suterenie kamienicy. Miasto było przepełnione uciekinierami z okolicznych wsi. Polacy mogli się ukryć tylko tu.
Nie było wesoło, należało znaleźć jakąś pracę, by móc egzystować. Wuj Kazimierz znalazł zatrudnienie w miejscowej bekoniarni, a Jan opiekował się matką i dobytkiem, który udało się ukryć przed bandytami.Niemcy organizowali łapanki na ulicach miasta, wchodzili do mieszkań- potrzebna im była siła robocza. . Utkwił w mojej pamięci epizod. Było niedzielne popołudnie, do babci przybiegła sąsiadka, oznajmiając, że Niemcy „składają wizyty”. W tej panice babcia Adela kazała swoim synom Kaziowi i Jankowi położyć się do wyrek ( zastępowały łóżka). Zawiązała im głowy chustkami, upozorowała tyfus. Weszli Niemcy i zobaczyli młodzieńców z zawiązanymi głowami. Kiedy spytali: typhus
?- babcia skwapliwie potwierdziła. Czym prędzej opuścili suterenę, bojąc się zarazić. Wtedy Kazimierz uznał, że trzeba walczyć. Do Dubna dochodziły słuchy, że w pobliskich lasach istnieje partyzantka i uaktywnia się w działaniach dywersyjnych ( wysadzanie pociągów z niemieckim wojskiem, uzbrojeniem, niszczenie mostów itp.). Dwudziestotrzyletni wuj nie zwlekał ani chwili. Wspólnie z kolegami zaciągnął się do „leśnych”. Pamiętam , jak smutne było jego pożegnanie z bliskimi, szczególnie z matką, która błogosławiła go i włożyła na szyję medalik Matki Boskiej Szkaplerznej ze słowami: „Synu, niech Ona cię strzeże od złego i pozwoli wrócić zdrowym. W trudnych chwilach módl się do niej”. Uściskom i łzom nie było końca.
Kazimierz trafił do lasu, do grupy partyzantów. Najgorsza była zima , „leśni” mogli liczyć tylko na dobrą wolę przychylnych im ludzi. Czesi, a nawet niektórzy Ukraińcy potajemnie zaopatrywali ich w żywność. Babcia wypłakiwała oczy,: „Nie ma Kazia, czy go jeszcze zobaczę?”
Niemcy byli czujni, straty ponosili duże, organizowali wypady do lasu, przeszukiwali szlaki , wypytywali miejscową ludność- ta nie zdradzała. Jednak udało im się okrążyć i ująć mały oddział partyzantów i wszystkich pojmać do niewoli. Wśród nich był mój wuj Kazimierz, od niego wiem, że wykorzystywano jeńców jako siłę roboczą do kopania rowów, konserwacji maszyn bojowych.
W trakcie jednej z takich prac wuj nadzorowany przez uzbrojonego Niemca postanowił uciec. Nie było to proste, a jednak udało mu się, uderzył nadzorcę jakimś metalowym narzędziem w głowę , a sam wziął nogi za pas pędził przed siebie. W oddali widział las i pole z kupkami obornika. Pomyślał, że najbezpieczniej będzie skryć się za nimi. Niemcy nie domyślą się ,że może być tak blisko, raczej mieli na uwadze las. Po jakimś czasie słyszy dolatujące go szczekanie psów i krzyki Niemców. Był mróz, a jemu koszula przymarzła do ciała, tak leżąc , ręką przyciska do serca medalik od matki. Serce w nim zamarło . Są tuż 40 m od niego! Pies prowadzi !Ale nagle skierował się w stronę lasu. Jakaż ulga!! Czyż nie cud?
Tak przeleżał w tym oborniku do wieczora. Potem skierował swoje kroki do lasu i szedł, by znaleźć jakąś osadę. Nad ranem trafił w pobliże wsi czeskiej, zaryzykował wstąpić do jednego z domów. Życzliwa Czeszka poczęstowała go śniadaniem. Dowiedział się też od niej, że w lesie są partyzanci i że wioska ich wspomaga. Tą drogą dołączył do partyzantów , była to grupa mieszana- Polacy i Rosjanie. Wszystkim przyświecała jedna myśl: walka z wrogiem. Nastał kolejny rozdział jego losów. Dowiedział się o tworzeniu polskiej armii w ZSRR. Zgłosił się tam został wytypowany do szkoły oficerskiej w Riazaniu. Tam został poddany szkoleniu bojowemu i ideologicznemu. Sceptycznie odnosił się do komunistycznej ideologii, ale podporządkował się w imię wyzwolenia ojczyzny z niemieckiej okupacji. Pamiętam z wypowiedzi wujka wspomnienie walk pod Warszawą. Tam żołnierze dostali rozkaz, by czekać i nie podejmować walki, choć w stolicy trwało powstanie!
Rosjanie czekali, aż powstańcy poniosą ostateczną klęskę, Polacy zaś nie rozumieli takiego stanowiska, przecież tam ginęli rodacy. Wtedy najprawdopodobniej zachwiało się w Kazimierzu przekonanie, że walczy w 100% w słusznej sprawie.
Nikomu nie opowiadał o samych walkach, a raczej wspominał życie żołnierskie, atmosferę w armii, żołnierskie przyjaźnie. Najwięcej wspomnień wiąże się z ostatnimi dniami wojny, kiedy wuj uczestniczył w krwawych walkach w rejonie Kołobrzegu. Zostały one opisane w książce „ Na polach Branenburgii” , trwały w dniach 2-3 maja 1945 rok. Na stronie 367 czytamy: ”dowódca plutonu w 9 kompanii ppor. Kazimierz Lewicki, ruszył prosto na niemiecki cekaem, który znowu otworzył ogień, zlikwidował pięciu hitlerowców, a trzech wziął do niewoli. Jeszcze krótka walka fizylierów między zabudowaniami i wieś została opanowana”. Wuj za ten czyn otrzymał order „Krzyż Walecznych”.
Wspominał też ,że żołnierze niemieccy wzięci do niewoli, zostali straceni z rąk rosyjskiego dowódcy. Podobno Kazik wstawił się za nimi, bo byli bardzo młodzi .Dowódca z wściekłością odpowiedział mu: naszych tylu zginęło , a ty wstawiasz się za nimi? Podczas tych walk zginął przyjaciel Kazimierza porucznik Alejski, żołnierz , który miał rodzinę, żonę , dzieci i oczekiwał narodzin syna. Tak jak wszyscy bardzo tęsknił za nimi , cieszył się ,że już niebawem być może będzie mógł ich wszystkich uściskać. Niestety życie napisało inny scenariusz. Trafiony pociskiem w głowę , umarł na rękach przyjaciela-Kazimierza. Po latach jego syn odnalazł mego wuja. Był już dojrzałym, wykształconym mężczyzną, interesował się historią II wojny światowej, żył pamięcią o bohaterskim ojcu. Kazimierza nazywał drugim ojcem, bo on towarzyszył jego tacie w ostatnich chwilach. Znajomość ta trwała przez wiele lat. Młody Alejski odwiedzał wuja , pamiętał o kartkach świątecznych, przekazał mu książkę „Na polach Branderburgii”. Kazimierz bardzo sobie cenił tą znajomość.
Jedną z największych operacji strategicznych podczas II wojny światowej, w jakiej brał udział wuj była tzw. operacja berlińska armii radzieckiej i działającego w jej składzie wojska polskiego. Żołnierzy polskich kierowano na pierwszą linię w szturmie o Berlin. Operacja ta stanowiła poważny wkład w dzieło ostatecznego rozgromienia Niemiec.
Po zakończeniu wojny wuj został skierowany ze swoją jednostką w Bieszczady, gdzie trwały walki z niedobitkami band UPA. Tam spotkał się z przywódcą polskiej partyzantki , jednym z tych, którzy nie chcieli zaakceptować nowej powojennej rzeczywistości. Był to Józef Kuraś ps. Ogień , ścigany, poszukiwany przez nową władzę. Siedzieli przy jednym stole w karczmie ( gospodzie?), rozmawiali. Kiedy Ogień przedstawił się, sytuacja wydawała się być groźna .Wszak stali po dwóch różnych stronach barykady. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi. Rozeszli się w pokoju, choć nikt nie wie , o czym rozmawiali. Były to czasy słodko-gorzkie , bo z jednej strony wojna się skończyła, a z drugiej wcale nie byliśmy wolni. Kazik wierzył, że Polska jest wolna i niepodległa, o taką przecież walczył, poświęcił swoje młode lata, a tymczasem miał się przekonać, że fakt posiadania brata w Anglii ( znanego z wcześniejszego postu Wincentego) zamknął mu drogę kariery wojskowej (został usunięty z wojska).
Po wojnie Kazimierz przez Polski Czerwony Krzyż uzyskał informacje o śmierci ukochanej matki w niemieckim lagrze w Lichtenbrgu, w Saksonii na dwa miesiące przez zakończeniem wojny.
Za pomocą tej samej instytucji odnalazł całą rodzinę , która po wojnie trafiła na Ziemie Odzyskane.
Lata mijały , wuj założył rodzinę, urodziły mu się trzy córki. Nastał czas, kiedy życie miało stać się szczęśliwe i spokojne. Lata wojennej traumy odcisnęły jednak swoje piętno na nim. Z wesołego , spokojnego chłopaka stał się nerwowym, impulsywnym człowiekiem. Jego serce jednak pozostało jednak nienaruszone, nadal był pełen żarliwej miłości i czułości do bliskich. Małżeństwo okazało się polem ciągłej bitwy, niespełnionych oczekiwań i nadziei. Jedno jest pewne : zawsze , do końca nie przestał kochać żony. Dla Urszuli ojciec pozostanie na zawsze bohaterem dnia codziennego, bohaterem w walce z przeciwnościami losu, chorobą, o zachowanie rodziny. Syn Uli, Kacper do dziś pamięta dziadka, który pomimo zaawansowanego wieku i wielu chorób , niepewnym krokiem , o lasce przyjeżdżał do Poznania, by odwiedzić ukochanego wnuka- zawsze uśmiechnięty, z ogromną miłością w oczach. Rodzinny, otwarty, szczery ,szlachetny, wspaniały człowiek. Takiego pamiętamy go wszyscy, choć od wielu lat nie ma go wśród nas.
