Opisując te wydarzenia , nie sposób nie wspomnieć historii powojennej dotyczącej podziału granic Polski w Jałcie. Decydowali o tym Józef Stalin – przywódca ZSRR, Wintson Churchill- przywódca Wielkiej Brytanii, Delan Roseveld- prezydent Stanów Zjednoczonych. Na wskutek podziału Polska otrzymała tereny na Zachodzie i Północy, tracąc Lwów, Wołyń i całą zachodnią Galicję. Stalin celowo zniszczył bastion polskości – Lwów, wcielając go do Ukrainy, chociaż nie był zwolennikiem niezależności Ukrainy, a tym bardziej suwerenności Polski. Polacy zostali wywiezieni z tych ziem na Zachód. Niemcy po kapitulacji w 1945 roku odczuły również niezadowolenie- nastąpił podział i okupacja terytorium niemieckiego przez mocarstwa sojusznicze – ZSRR, Francję , Wielką Brytanię. W 1949 roku podzielono Niemcy na dwie części- NRF i NRD. Miały powstać nowe Niemcy . Ustalono w obu strefach demilitaryzację, likwidując hitlerowskie i nazistowskie organizacje. Cały wysiłek miał być skierowane na rozwój rolnictwa i pokojowego przemysłu wewnętrznego. Nam, ludziom wracającym z obozu pracy w Niemczech, droga do domu , za Bug ,została zamknięta. Los rzucił nas na tzw. Ziemie Odzyskane. Przyjechało nas z lagrów niemieckich cztery rodziny. Zajęliśmy pozostawione przez wysiedlonych Niemców domostwa. Czuliśmy się obco, tęskniliśmy za rodzinną ziemią, za Wołyniem. Ale cóż było robić? Takie były konsekwencje wojny i wielkiej polityki. Wspomnienia z tego okresu umieściłam na innym wpisie. Skupię się nad tym , jak syn właścicieli naszego nowego gospodarstwa pierwszy raz po wojnie odwiedził swój rodzinny dom w Podlegórzu (Padligar) . Były to lata siedemdziesiąte W piękny , letni , lipcowy dzień, pod dom zajechał samochód. Wysiadło z niego dwóch nieznanych mi mężczyzn. Jeden z nich przedstawił mi się jako mieszkaniec ( autochton) Podmokli. „Przywiozłem syna właścicieli tej posesji”. Niemiec przedstawił się: „Gerard Schwebe.” Byłam w domu z córkami, mąż był w pracy. Nie ukrywam , że poczułam się wtedy jak intruz, przecież mieszkam w jego rodzinnym domu- jak się zachować? Jakie są intencje tej wizyty? Widząc moje zmieszanie , Gerard uścisnął mi dłoń, przytulił do siebie, jakbyśmy się dobrze znali. Tłumacz przełożył jego wypowiedź na język polski. To , że jesteśmy pozbawieni domów rodzinnych spowodowała grabieżcza polityka Hitlera, to był potwór. Poruszył też problem Jałty i Poczadamu. Wiedziałam , że jest zorientowany w zaistniałej sytuacji, że zna historię. Opowiedział mi krótko znaną sobie historię Podlegórza. Mieszkali tam głównie Niemcy będący w większości pracownikami leśnymi , m.in. ojciec mego gościa. Zatrudniani byli również w dwóch okolicznych majątkach ziemskich. Sami stwierdziliśmy, że nie była to zamożna wieś. Większość domów zbudowana była z cegły sylikatowej, kryta dachówką ( tylko trzy były kryte strzechą), drogi piaszczyste, wyboiste, liche, drewniane płoty. Jedyne co przyciągało oko i mogło się podobać, to sady owocowe przy każdej prawie posesji, dużo zieleni i samo położenie miejscowości na wzgórzu. Na którym królował piękny kościół z kamienia. U podnóża wijąca się Obrzyca, wokół dużo lasów, wspaniały mikroklimat. Gerard ze wzruszeniem usiadł w cieniu rozłożystego orzecha, sadzonego ręką jego ojca, podjęłam gościa w myśl przysłowia: czym chata bogata, tym rada. Dużo rozmawialiśmy. Gerard jak się okazało jest moim rówieśnikiem. Potem spytał, czy mógłby obejrzeć wnętrze domu. Oczywiście zgodziłam się. Gdy wszedł do werandy , rozpłakał się. Zobaczył tam ławkę, na stałe przymocowaną do ściany.” Ja się tu bawiłem, spożywałem posiłki”. Ogólne wrażenia Gerarda były pozytywne , jak sam powiedział , wyobrażał sobie wszystko inaczej. Zaskoczeniem dla niego było, jak ten dom wygląda teraz i jak się zmienił na korzyść . Widział modernizację, dbałość o cała posesję i jej otoczenie. Bardzo się wzruszył, widząc stare jabłonie , ale i nowo zasadzony prze mego męża Jana sad. Spytał , czy mógłby zawieźć rodzinie kilka jabłek . Twierdził, że nigdy i nigdzie nie jadł tak pysznych, soczystych, pachnących. To była prawda , wszyscy pamiętamy ich smak, sok cieknący po brodzie i palcach w czasie jedzenia( takie były soczyste!). Już nigdy potem nikt z nas nie spotkał nawet podobnej odmiany. Gość dostał ogromną torbę owoców, ledwie doniósł do bagażnika. Pożegnaliśmy się , wymieniliśmy adresami. Cóż ja mogę powiedzieć o tej wizycie , porównując ją z moją pierwszą po wojnie na Ukrainie w 1967 roku? Czy miałam podobne odczucia jak Gerard? Po Lubomirce nie było śladu ., wujek odnalazł miejsce, gdzie stał nasz dom i jedynie kupę gruzu porośniętego trawą. Tam można było płakać i płakałam. Wspomniałam o tym Gerardowi. Rozumiał mnie i powiedział, ze nie ma do mnie i mojej rodziny żalu ,ze mieszkamy w jego rodzinnym domu. Tak on jak i my jesteśmy tylko ofiarami historii. Opowiadał również o swojej żonie, jedynej córce.
Po kilku latach przyjechał do nas jako wdowiec, był załamany. Jedyną pociechą była córka Gabriela. Kolejnym razem przyjechał z o wiele młodszą od siebie drugą żoną. Ona również wcześniej owdowiała. Miała sentyment do Polski, gdyż jej córka wyszła za mąż za Polaka. Wizyty przebiegały w miłej atmosferze , wymienialiśmy prezenty. Zawsze obdarowywaliśmy go warzywami , owocami , jajkami . Szczególnie smakowały mu ogórki , których dostawał tyle, że żona kisiła je wg polskiego przepisu na zimę. Z kolei Gerard przywoził mi np. gumki do słoików, bo tych u nas w kraju wtedy brakowało, kawę, słodycze. Ktoś obserwując nas z boku, miałby przekonanie, że jesteśmy bardzo bliskimi sobie ludźmi. Sposób zachowania, prostota obejścia , wyrozumiałość. Spotkania nasze skończyły się z chwilą , kiedy opuściłam Podlegórz. Wymieniamy kartki świąteczne.Cieszę się, że nie żywimy do siebie urazy, nie wypowiadamy słów„ przebaczamy”, bo nie zawiniliśmy. Przemawiają do mnie słowa prof. Bartoszewskiego: „ Bolejemy nad indywidualnym losem i cierpieniem niewinnych Niemców dotkniętych skutkami wojny”. To prawda , oba narody poniosły ogromne straty, ale tylko biedni, niewinni ludzie. Róbmy wszystko ,aby obecne pokolenie nigdy czegoś podobnego nie przeżyło , a dowiadywało się o tym tylko z kart historii.