sobota, 9 sierpnia 2014

Odwiedziny u Przyjaciółki w sanatorium w MSW w Cieplicach

Moi Drodzy! Proszę wybaczyć mi moje milczenie, które było spowodowane problemami zdrowotnymi . Nabrałam nieco sił i podzielę się swoimi wspomnieniami z młodości i teraźniejszości.
Prawdziwa przyjaźń nigdy nie zawodzi. Powinna być dozgonna i szczera. Dowodem prawdziwej przyjaźni jest bezinteresowność, pomoc w potrzebie.- jak się utarło powiedzenie: „ Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Mam wielkie szczęście, że od 69 lat znam Bronię Jaszewską. Był to 1944 rok, kiedy nasze rodziny znalazły się w obozie niemieckim Lichtenberg Kreiz Freiberg w Saksonii. Dzieciństwo spędziliśmy w lagrach za kolczastymi drutami. Było nas tam kilka rodzin z Wołynia,a dzieci w moim wieku tylko czworo: Janek Markowski i, Mirek Zieliński, Bronia i ja.
Najbardziej operatywną, przebojową, energiczną i odważną była Bronka. Była inicjatorką wycieczek na niemieckie śmietniska w poszukiwaniu zabawek – kolorowych szkiełek ze stłuczonych naczyń, raz udało się nawet znaleźć szmacianą lalkę!
Bronka była też organizatorką wypraw na pola, gdzie można było w pozostawionych siewnikach znaleźć resztki zboża, grochu – te zdobycze pozwalały nam napełnić głodne żołądki. Zupa grochowa na wodzie bez tłuszczu, gotowane zboże – były to dla nas prawdziwe rarytasy.
Dzieci lubią się bawić. Były to zwykle zabawy w berka, chowanego, a ponieważ w nas obu podświadomie rozwijało się powołanie do zawodu nauczycielskiego, stąd też organizowałyśmy zabawę w szkołę. Bronia uczyła śpiewu – miała silny głos i piękną barwę. Pamiętam jedną z piosenek: „ Ta Dorotka, ta malutka…”. Ja uczyłam wierszyków „Pranie” (Pucu, pucu, chlastu, chlastu…), „Stefek Burczymucha” (O większego trudno zucha…) przekazanych mi przez moją Mamę.
Moja Mama była moją pierwszą nauczycielką w tak koszmarnych warunkach życia. Edukowała mnie zawsze w niedziel ę, jedynym wolnym dniu w tygodniu. Uczyła alfabetu – dzięki Niej umiałam już dosyć płynnie czytać. Nie było książek, więc Mama pisała na piasku – był to nasz pierwszy elementarz. Najdroższa Mama – wzór Matek cierpliwych, ciepłych , mądrze kochających swoje dzieci.
Nadeszła upragniona wolność – obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną. Radość ogromna! „Wolność” – jak ją trzeba cenić i o nią zabiegać.
Dalsze nasze losy potoczyły się tak, że nasze rodziny osiedliły się na Ziemiach Odzyskanych w miejscowości Podlegórz. Rodzinom zostały przydzielone gospodarstwa – rekompensata za te pozostawione na Wołyniu. Ciężkie to były czasy, kraj zburzony, ruiny, zgliszcza. Trzeba wszystko odbudowywać. Już w nas dzieciach dominowała myśl, że trzeba pomagać rodzicom, uczyć się, budować nową Polskę. Zagrzewały nas piosenki i wiersze, by radzić sobie z trudnościami życia codziennego. Zbudujemy nową Polskę, zbudujemy nowy świat, w którym wszystko będzie lepsze, w którym będzie nowy ład.
Powiew wolności cieszył nas – otwarta przestrzeń przed nami, brak drutów kolczastych. Oddychamy wolną piersią.
Dzieciństwo z Bronią spędziłyśmy razem. Było skromnie, ale radośnie. Po ukończeniu szkoły podstawowej i liceum drogi nasze rozeszły się. Młode dziewczyny otrzymały nakaz pracy – Bronia w Świebodzinie, ja w Jordanowie koło Świebodzina. Spotykałyśmy się często. Raz w tygodniu przyjeżdżałyśmy do rodziców. Wspólne spacery, śpiewy w sadzie, potańcówki. Dojrzewamy. Każda z nas marzy, aby mieć odpowiednią partię, narzeczonego, kandydata na męża.
Bronia wychodzi za inżyniera Wojtka Zapałowskiego. Po roku mąż umiera. Zostaje młoda wdowa. Starałam się Ją pocieszać, otoczyć empatią (żal dobrego, prawego człowieka, jakim był Wojtek). Cóż, rzekomo czas goi rany. Po pewnym czasie Bronia będąc u siostry w Żaganiu, poznaje kolegę swego szwagra – kapitana Adama Kubasa. Nawiązuje się nić przyjaźni, która przeradza się w coś więcej. Po krótkiej znajomości Adam się oświadcza i biorą ślub. Po ślubie Adam zostaje przeniesiony do Wrocławia. Bronia dostaje pracę w przedszkolu państwowym w charakterze kierowniczki. Na świat przychodzą dzieci: Grażynka i Sławek. Adaś sprawdza się jako dobry mąż i ojciec.
Ja oczywiście po ciężkich przejściach rodzinnych, tragiczna śmierć Matki. zamieszkuję w rodzinnej wsi. Moim mężem został Janek, miłość lat szkolnych. Nasze życie jest przeplatane kłopotami – spadły na nas duże obowiązki: praca zawodowa, gospodarstwo pozostawione przez Matkę, 15-letni brat, okrągła sierota – ale młodość, zapał do pracy pokonują te trudności.
Przyjaźń między naszymi rodzinami trwa. Bronia odwiedza mnie z rodziną w okresie wakacji. Dzieci nasze bawią się, a my jak zwykle cieszymy się, że możemy być razem i wspominamy nasze młodzieńcze lata. Kontakty utrzymujemy nadal. Grażynka, córka Broni, jako nastolatka odwiedza nas i trudno jej zaklimatyzować się na wsi. Nudy, inna atmosfera dnia codziennego, brak rozrywek. Mała klubo-kawiarenka nie zadowala. Moja Beatka jest tu szczęśliwa. Kwestia przyzwyczajenia.
Po ukończeniu szkoły średniej córka Broni wychodzi za mąż za Jugosłowianina i rodzi dwoje dzieci. Rodzice często ją odwiedzają, ale nie akceptują podziału obowiązków w rodzinie. Związek Grażyny nie przetrwał.
Spokojne życie Broni przerywa nagła śmierć Jej męża. Gdy Adam wyszedł do pracy Bronia otrzymała telefon: „ -Proszę przyjechać, Pani mąż nie żyje. – Jak to? Przecież wychodząc do pracy po śniadaniu nic nie wskazywało na złe samopoczucie…!” Okazało się, że był to rozległy zawał. Bronia powtórnie zostaje wdową. Jak mogłam, tak starałam pocieszyć Ją w tych trudnych chwilach. Praca zawodowa i grono licznych przyjaciół dodają Jej sił.
Bronia z siostrami odwiedza mnie w Podlegórzu. Tu dorastały i znają wszystkich mieszkańców. Czują się tu jak u siebie w domu i śpiewem starają się wskrzesić wspomnienia dawnych lat. Brzmią piosenki czeskie (Mama Broni była Czeszką), ukraińskie i nasze ulubione polskie.
Tak szybko czas upłynął i jesteśmy już staruszkami Trzeba reperować swoje podupadające zdrowie. Bronia wyjeżdża do sanatorium do Cieplic. Dostałam od Niej pocztówkę z pozdrowieniami. Chcę zrobić Jej niespodziankę i wraz z Zięciem i Córką pewnej majowej niedzieli przyjeżdżamy do Cieplic. Jesteśmy na miejscu, przed nami okazały gmach – Sanatorium MSW Agat. Wjeżdżamy windą na czwarte piętro, pokój 410. W pokoju trzy panie, jedna z nich siedzi przy stoliku. Przypomina mi Bronię, ale nie jestem pewna. Widzę, że i Ona patrzy na mnie niepewnie. Kto to może być? Podchodzę do Niej i pytam :– Czy to Bronia? –Ach, Irena! Rozpłakałyśmy się po tylu latach niewidzenia. Pozostały w nas szczątki urody lecz niezmienne serca. Panie zgotowały przyjęcie, ja przywiozłam ciasto i słodycze, panie zrobiły herbatkę i tak w miłej atmosferze spędziłam parę godzin.
Córka z Zięciem poszli zwiedzać Cieplice,a w tym czasie ja z Bronią oddałyśmy się wspomnieniom. Nie wrócą już te chwile, trzeba zaakceptować teraźniejszość. Stwierdziłyśmy obie, że los nas nie szczędził – może nas wzmocnił. Obiecałyśmy sobie, że będziemy się częściej spotykać, jeśli pozwoli na to zdrowie. Kontakt telefoniczny mamy zadowalający.
Spotkanie z przyjaciółką poprawiło mój chwiejny nastrój. Gdy nie mogę zasnąć przywołuję te obrazy. Dalej marzę, ale już we śnie. Jest cudownie.

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.