czwartek, 12 kwietnia 2012

Przepraszam

Przepraszam za usunięcie dwóch komentarzy. Nie było to mą złą wolą – stało się to na skutek edycji tekstu.

Czy los tak chciał?

Rodzimy się po to, by umrzeć.
Czwartego listopada 2000 roku o godzinie czternastej żałobne dzwony obwieszczają odejście swego Parafianina.
Tłumy ludzi zgromadzone w kościele i wokół przyszły pożegnać swego wieloletniego sąsiada, przyjaciela, kolegę.
Ceremonia pogrzebowa rozpoczęła się mszą święta w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Podlegórzu. Po mszy kondukt żałobny wyrusza na cmentarz położony obok kościoła na wzgórzu. Na cmentarzu panuje cisza. Z szelestem spadają liście z drzew,przyroda usypia. Zasnął też i Janek – ale On na wieki.
W trakcie pochówku trąbka gra „Ciszę”. Następuje chwila pożegnania. Przyszli ci, którym imponowało skromne, uczciwe życie mojego Męża –miał niewątpliwe poszanowanie u ludzi. Świadczą o tym tłumy ludzi przybyłych z odległych miejscowości, załoga Prodwodrolu na czele z dyrekcją.
Najbardziej wzruszające było pożegnanie mego Brata Karola,którego spontaniczna mowa wychodziła z potrzeby serca i była szczerym wyrazem zadumy, jak kruche jest życie ludzkie, dlatego słowa księdza Jana Twardowskiego,„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”, były i są aktualne.
„Byłeś dla mnie jak Ojciec, tego Ci nie zapomnę drogi Szwagrze”.
Nie było osoby, której by te słowa nie wzruszyły. Cóż mówić o wnuczkach, które kochał, nosił na rękach, woził samochodem do lasu, żeby„pobierały” energię z drzew. „Cieszę się dopóki są małe, mogę je przytulać,nosić, śmiać się z  ich wypowiedzi…” Jak zapomnieć takiego Dziadka?
Rozpacz i żałoba okryły całą rodzinę.
Zostałam sama, ale mimo wszystko Janek odwiedza mnie we śnie. W tych krótkich momentach tracę poczucie między jawą a snem i chcę by te chwile trwały wiecznie. Niestety, to niemożliwe. Budzę się i Go nie ma – tylko ja i szara rzeczywistość.
Córki z rodzinami okazują mi wiele ciepła i serdeczności.Cieszy mnie, że tak dobrze je wychowaliśmy – były i są naszą dumą. Muszę pogodzić się z losem, który od dziecka nie był dla mnie łaskawy. Nowe obowiązki, całość na mojej głowie.
Pozostał smutny sad, zasadzony przez Janka przed pięćdziesięciu laty. Kto o niego zadba? Janka nie ma….A ja nie mogę zrobić przykrości Mężowi – postanowiłam kontynuować Jego „dzieło”.
W porze wiosennej należy obcinać pędy tzw. wilki. Dolne partie obcinam sama. Do drzew wysokopiennych wynajmuję sąsiada. Wszelkie zabiegi pielęgnacyjne trzeba było wykonywać wg kalendarza. Staram się o tym pamiętać, mając na uwadze, że Janek patrzy z góry i cieszy się, że nie zaniedbuję tych spraw. Mam do własnej dyspozycji ogródek warzywny i kwiatowy, w którym poza orką wszystkie prace wykonuję sama. Lubię patrzeć jak roślinki rosną i z dnia na dzień są większe. To oczywiście wymaga pracy, ale jak się lubi , to sama przyjemność.
Przeprowadzam też sukcesywnie remont domu. Było praktycznie wszystko, ale chciałam go zmodernizować: nowoczesna łazienka, nowe okna ze szprosami, centralne ogrzewanie. Jest bardzo przyjemnie mnie i mojej rodzinie,która nota bene była w to zaangażowana.
Jesień bogata w owoce, warzywa. Robię przetwory na zimę  – zawsze z nadwyżką. Córki robią dla siebie,bo nie chcą obciążać Mamy. Z nadwyżką nie mam problemu, dzielę się z sąsiadami,mam z tego satysfakcję, że smakują. Mój brat Karol często mnie odwiedza, jest na emeryturze. Nadmienię, że to pracoholik, który lubi ład i porządek. Usuwa wszelkie usterki, inspiruje do nowych wyzwań. Mogę na Nim polegać. Rozumiemy się bez słów. Wdzięczna też jestem sąsiadom, którzy dawali mi wsparcie,ofiarowywali wszelką pomoc, wspierali psychicznie. Może to „powracająca fala”(Prusa)?
Janek też był życzliwy i pomagał ludziom w potrzebie. Mając pomoc i życzliwość, życie staje się łatwiejsze i radośniejsze.  Przytoczę tu słowa Epikura: „My nie potrzebujemy pomocy, przyjaciół, ale wiary, że taką pomoc możemy uzyskać.” Święte słowa.
 Zewnętrznym symbolem pamięci jest postawiony nagrobek, na którym widnieje napis: „Na co za życia zasłużył, to na wieki otrzyma”.
Śmierć jest początkiem nowego życia – „jak jest?” –zapytamy. Ludzki umysł nie jest w stanie tego zrozumieć ani pojąć. Pozostaje wierzyć.
Czwartego listopada 2011 roku minęło już jedenaście lat od śmierci Męża. Zdrowie już nie to, a z wiekiem przybywa chorób. Niektóre z nich pokochałam, ale są takie, że się nie da pokochać. Marzeniem moim jest jak najdłużej być samodzielną. No niestety, marzenia nie spełniają się. Doskwiera SKS (Starość Kurcze Starość…). Mam poważne problemy  z poruszaniem się, ale nie narzekam, choć to leży w naszej mentalności. Cóż to da?
Smuci mnie to, że jak zwykle co tydzień sprzątałam grób Męża,zapalałam znicze, przekazywałam wiadomości. On telepatycznie również mnie wspierał, pocieszał, doradzał. W moim przypadku czas nie uleczył ran lecz lekko je zabliźnił.
Obecnie tak często nie mogę odwiedzać Męża, bo dzieli mnie duża odległość. Jestem na rekonwalescencji u córki.
Wiem jedno – zmarli żyją, jak długo żyją w naszej pamięci.


sobota, 7 kwietnia 2012

Tradycja nie powinna zginąć w narodzie

Święta Wielkanocne to szczególne przeżycie dorosłych i dzieci. Przyroda budzi się do życia, zielenią się drzewa, rozkwitają pierwsze wiosenne kwiaty.
Przed Świętami jak zwykle wszędzie przeprowadza się gruntowne porządki. Same przygotowania potraw, smakołyków zabiera wiele czasu. Nam dzieciom dużo radości sprawiało pójście do Kościoła z tradycyjną święconką – był to także pretekst do naszych dziecięcych spotkań towarzyskich. Szłyśmy zawsze razem z koleżankami święcić pokarmy. Radość napełniała nasze serca, a prócz pięknie przystrojonych koszyczków, każda z nas miała na sobie coś nowego – istna rewia mody. Mamy troszczyły się, aby ich pociechy ładnie wyglądały.
Moja Mama miała niezwykły smak – ubierała mnie może nie drogo, ale z gustem. Nie chwaląc się, czułam się wyróżniona.
Od Wielkiego Piątku do Wielkiej Soboty trwał ścisły post. Pościli wszyscy – dzieci i dorośli, a potrzebą duchową był udział w adoracji grobu Pańskiego.
Zmartwychwstanie czciliśmy uroczystym śniadaniem podczas pierwszego dnia, dzieląc się symbolicznie jajkiem i składając życzenia. Kiszki grały marsza! Och jak wszystko smakowało!!! Kiełbaski, szyneczka wiejska uwędzona jałowcem, świeże masełko, baby lukrowane, wielkanocne mazurki – pycha! Oczywiście najwięcej frajdy sprawiały nam pisanki i jajka farbowane w cebulniku (jajka gotowane w łupinkach cebuli). Wychodziły piękne kolory, trwałe, nie brudzące rąk.
Zwyczajem w naszym domu (i nie tylko) było „cukanie” jajkami. Pytanie jak znaleźć mocne jajko. Dowiedziałam się, że należy nim lekko uderzać o zęby. Jak słychać dźwięk czysty – to znaczy, że jajko jest mocne. Trwało to trochę zanim je wyszukano. Każde stłuczone jajko zabierał zwycięzca. Udało mi się zbić pięć jaj i trzeba było je zjeść. Łamałam zasadę – pozostawiałam je pokonanym.
W drugi dzień świąt obchodzono Śmigus – Dyngus. Od samego rana, jeszcze przed pójściem do Kościoła, ja z bratem oblewaliśmy wodą naszą Mamę (z butelki). Mama nie pozostawała dłużna – i też nas symbolicznie pokropiła! Ale to dopiero po przyjściu z mszy zaczynała się prawdziwa frajda – młodzież i dzieci wybiegały na ulicę z wiadrami pełnymi wody i oblewali się nawzajem. Panienki i podlotki były w gorszej sytuacji – chłopcy potrafili je oblać, nie pozostawiając na nich suchej nitki. Wesoła tradycja – nikt nie miał do nikogo żalu i nikt nie był nikomu dłużny.
Tradycje wyniesione z domu rodzinnego przeniosły się na moją rodzinę i na rodziny moich dzieci. Mam nadzieję, że z czasem nie ulegną zapomnieniu.

piątek, 6 kwietnia 2012

Życzenia

 Drogim Czytelnikom mojego bloga, pełnych szczęścia i radości Świąt Wielkanocnych życzy Irena.